Nieoczywiste i kontrowersyjne refleksje po marokańskiej podróży

Podróże i podróżnicy

Dziesięć dni temu wróciłem z Maroka. Do głowy ciśnie się fundamentalne pytanie: po co porzucamy komfort własnego świata? Dlaczego szukamy egzotyki? Czy aż tak źle nam w domu? Niestety, chyba nie ma odpowiedzi uniwersalnej, ale może obserwacja tego, co inne pokazuje nam lepiej to, co jest nasze, własne…

Istnieje pewien współczesny standard podróżniczych opowieści – przesycone są nim media społecznościowe, ale także relacje w powoli zamierających mediach tradycyjnych. Turysta/podróżnik jest „oczarowany”, wrażenia są „niepowtarzalne”, a miejscowa kultura „fascynująca”. Więcej to mówi o psychice zwiedzającego niż o kraju, który on opisuje. W najgorszym wypadku może to być tkwiące w nieświadomości alibi tłumaczące poświęcenie na podróż niemałych pieniędzy; bez tych wrażeń i zachwytów, byłyby one po prostu stracone. Oczywiście mógłbym i ja „pozachwycać się” egzotyką Maroka, albo napisać podróżniczego bloga z poradami, chcę jednak wyjść poza ten schemat – wyjść z refleksjami kontrowersyjnymi i zarazem (mam nadzieje) nieoczywistymi. 

Każda obserwacja jest skażona okiem obserwatora, tak więc ja uczciwie zaznaczę moje ograniczenia. Po pierwsze jestem historykiem i podczas zagranicznych podróży może zbyt wiele uwagi poświęcam zabytkom i ogólnie kulturze. Po drugie, na moje postrzeganie Maroka silnie musiało wpłynąć doświadczenie Bliskiego Wschodu; bardzo dobrze znam Turcję i Syrię, wielokrotnie byłem w Libanie, Jordanii i Egipcie. Oglądałem te kraje wielokrotnie podróżując samodzielnie i to przez wiele tygodni. Moje wrażenia z Maroka z konieczności są porównaniem kraju w pewnym sensie podobnego do wspomnianych państw, chociaż jednocześnie odległego (tu od razu zaznaczę, że na tle Bliskiego Wschodu Maroko wypada nieźle). Jest jeszcze trzeci element, o którym muszę wspomnieć: jestem tradycjonalistą i zajmuję swoje miejsce w polskiej wojnie ideologicznej. W postrzeganiu obcego kraju mogę więc próbować być uczciwy, jednak bezstronnym być nie potrafię. 

Sok z pomarańczy

W Polsce „marokańskie pomarańcze” są chyba najbardziej rozpoznawalnym produktem z tego kraju. W Maroku zdecydowanie polecam sok z pomarańczy. Wyciskany jest on na każdym rogu – na ulicy i w każdej restauracji. Jest świetny, a cena jest umiarkowana, chociaż oczywiście zależna od miejsca i waha się od 4 do 8 zł za dużą szklankę – uważajcie jedynie na miejsca silniej turystyczne, bo bywa, że sprzedawcy „chrzczą” sok wodą. Napój jest serwowany wraz ze słomką i zawsze jest to wygodna słomka plastikowa. 

W drodze z Warszawy na krakowskie lotnisko, zjeżdżaliśmy na stacje benzynowe i do kawy zawsze otrzymywaliśmy słomkę papierową – nie wytrzymywała ona nawet do połowy kubka. Problem z plastikiem? Oczywiście, że tak. Zaznaczę, że Maroko jest czystsze i porządniejsze (szczególnie Rabat) niż na przykład Egipt, ale i tak śmietnik bywa tu straszny – uzupełnijmy: plastikowy śmietnik. Pozwólcie, że przywołam dwie sceny: pierwsza z nich to obraz z ładnej,  oceanicznej plaży w Essaouirze  (historyczny Mogador). Szeroki pas piasku (szczególnie rozległy podczas odpływu), względnie pusto i chłodny wiatr odpędzający żar słońca. Idealne 24 stopnie – raj… Podczas przechadzki wzdłuż wybrzeża mijało nas kilka… plastikowych butelek, które silne podmuchy szybko toczyły po piasku ubitym falami Atlantyku…

I obraz drugi: pustynia – nie ta w Merdzouga, przygotowana dla obcokrajowców (piękne piaszczyste wydmy utrzymywane dla turystycznych wrażeń), lecz ta bardziej prawdziwa – rzadko odwiedzane pustkowia, najczęściej kamienisto-żwirowe, skąpo porośnięte mało wymagającymi tamaryszkami. Ma to swój urok. Jeśli szukamy pustyni, to przecież między innymi po to, aby odczuć pustkę – w Merdzoudze to trudne, ale na olbrzymich, pozbawionych atrakcyjnych piaszczystych diun, marokańskich bezkresach jest to możliwe – albo może lepiej: byłoby możliwe, gdyby nie wszechobecne śmieci. Z odpadkami organicznymi surowy, gorący klimat radzi sobie błyskawicznie; wobec plastiku jest bezradny. Szczególnie irytujące są niebieskie torebki foliowe – całe pola plastikowego śmiecia, które znaczą miejsca, gdzie zatrzymywali się ludzie – nie zachodni turyści przecież… Osobną sprawą jest dziwna dominacja tego właśnie koloru…

Powróćmy do sedna: czy naprawdę nasza europejska walka z plastikiem ma jakikolwiek wpływ na zaśmiecenie Sahary czy afrykańskich atlantyckich plaż? Nie! My, u nas, sortujemy śmieci – ja osobiście z przekonaniem i determinacją. A robimy to w świadomości, że śmieci nie ma, że są tylko niesortowane odpady. Kwestia plastiku to nie problem jego użycia, lecz sortowania i powtórnego przetwarzania, a więc, mówiąc wprost: to problem kultury społeczeństwa. Oddajcie mi plastikowe słomki, bo ja i tak nie rzucę ich na ulicę! Nasi „zieloni aktywiści” uważają, że ich papierowe słomki i torby w hipermarketach „oczyszczą świat” – to bzdura! Ma to taki związek z meritum sprawy, jak rockowy koncert przeciw przemocy czy też wojnie wobec realnych przyczyn tych zjawisk.

Marokański problem ze zwiedzaniem

Wydawałoby się, że nastawione na turystów Maroko, przychyli im niebios tak, aby mogli oni doświadczyć wszystkich atrakcji tego kraju. Generalnie tak jest, poza jednym ważnym „ale”. 

W każdej kulturze najważniejsze zabytki architektury to budowle sakralne. Jakoś tak się składa, że sprawom metafizycznym ludzie poświęcają (a przynajmniej poświęcali) najwięcej artystycznego wysiłku. Zajrzyjcie w przewodnik turystyczny po dowolnym mieście świata, a zorientujecie się, ile obiektów w nim to obiekty religijne: katedra na Wawelu i Kościół Mariacki w Krakowie, Hagia Sofia i Błękitny Meczet w Stambule (Konstantynopolu), Meczet Ummajadów w Damaszku, katedra św. Wita i kościoły św. Mikołaja w Pradze, San Vitale w Rawennie, Ławra Peczerska i Sobór Sofijski w Kijowie… – nie będę kontynuował, ale można to ciągnąć w nieskończoność. A teraz pomyślcie o turystyce w tych miastach, bez odwiedzania wspomnianych obiektów – to właśnie jest marokańska rzeczywistość.

Maroko jest krajem muzułmańskim. Nie ma tu fundamentalizmu – albo też  jest względnie umiarkowany. Kobiety często chodzą tu z odkrytymi głowami, a czasami są nawet ubrane dosyć „odważnie”. Król Maroka opiekuje się także judaizmem i chrześcijaństwem. Jednak w Maroku nie ma (jak na przykład na Bliskim Wschodzie) rdzennych, starych wspólnot chrześcijańskich, jakie przetrwałyby arabską inwazję z VII/VIII wieku. Miejscowi, współcześni chrześcijanie to głównie emigranci z „czarnej” Afryki. Marokańskie, historyczne świątynie to meczety, a w nich są również miejsca spoczynku najważniejszych władców. Z zewnątrz robią one duże wrażenie. Minarety Mahgrebu są swoiste i chyba najlepiej oddają specyfikę ciekawej, tutejszej tradycji architektonicznej; tym większa szkoda, że można je podziwiać tylko z zewnątrz meczetów. Do środka nie wejdziecie, jeśli nie jesteście muzułmanami. Jest to konsekwentnie przestrzegane prawo i mniejsza z jego opisywaną wszędzie genezą, bo chodzi o fakt. Oczami wyobraźni widzę kiwanie głowami naszych konserwatystów; ich zrozumienie dla sytuacji. Czy tabuny turystów (często roznegliżowanych) to odpowiednie wypełnienie pustek europejskich kościołów? Może i nie, ale dajmy szansę również im. Osobną sprawą i kolejnym przyczynkiem dla naszych prawicowców, do refleksji nad sytuacją w Maroko, jest tamtejszy stosunek do LGBT. Mówiąc najkrócej: homoseksualizm, jest w Królestwie Marokańskim penalizowany… Całość tej refleksji prowadzi nas jeszcze dalej, do zagadnienia trzeciego; pytania o zderzenie kultur: muzułmańskiej i naszej zachodniej – występującej obecnie w dwóch skrajnie przeciwnych wariantach: lewicowo liberalnym lub tradycyjno-chrześcijańskim.

Obraz innego świata

Trzydzieści lat temu, amerykański politolog Samuel Huntington wydał swoją fundamentalną pracę „Zderzenie Cywilizacji”. Według niego, poszczególne kręgi kulturowe, pokrywające się z wielkimi religiami świata są wobec siebie wrogie, wzajemnie nieredukowalne i rozwijają się zgodnie z własną wewnętrzną dynamiką. Cywilizacja islamu to jeden z takich obszarów/kręgów. Huntington odrzuca możliwość rozwoju społeczeństwa typu zachodniego na obszarze poza rdzennymi terenami Zachodu – a więc i na terenach cywilizacji islamu. 

Na drugim biegunie była teoria Francisa Fukuyamy. Wyłożona została ona (nieco wcześniej niż ukazała się wspomniana publikacja Huntingtona), w eseju o dobitnym tytule „Koniec historii?”. Według Fukuyamy, upadek komunizmu „zakończył historię”. Pewien wariant społeczeństwa i państwa – a więc: liberalna demokracja z wolnym rynkiem i rozumianymi w sposób zachodni prawami człowieka – dowiodły swojej wyższości. Pytanie jakie pozostaje dotyczy jedynie tego, „kiedy”, a nie: „czy, w ogóle” reszta świata przyjmie ten model. Młodszy od Huntingtona o całe pokolenie, Fukuyama zdołał już wycofać się z nazbyt optymistycznej części swoich poglądów, ale „fukujamizm” w wersji uproszczonej, zadomowił się w głowach zachodnich humanistów – szczególnie humanistów młodych. Najczęściej nawet nie wiedzą oni, kogo cytują, ale są przekonani o bezalternatywności i powszechności własnego modelu cywilizacyjnego. Wielu z nich wakacyjnie odwiedza Maroko, prawdopodobnie nie zastanawiając się, że jest to kraj świetny do rozważania powyższego tematu; a jest tak z dwóch powodów.

Po pierwsze, świat Zachodu ma fundamentalny problem z nielegalną emigracją z Bliskiego Wschodu i Północnej Aryki. Ostrość zagadnienia bierze się nie tyle z samego faktu migracji, ile z odrzucania norm naszego życia przez znaczną część migrantów. Co prawda, prozachodnie Maroko nie jest żadnym z głównych kanałów ich przybywania, ale bliskość geograficzna powoduje, że napływają oni także stąd. Choć temat mnie ciekawi, to nie sprawdziłem naocznie jak wygląda nielegalna emigracja z Maroka. Świadomie nie odwiedziliśmy północy kraju – Rifu, bo szukaliśmy świata mniej śródziemnomorskiego, a bardziej „afrykańskiego”. Nie mogłem się więc przekonać czy „pontony” odbijają także z tutejszych wybrzeży. Jednak niemal podświadomie widok młodych mężczyzn na ulicach tutejszych miast i miasteczek przywoływał mi nasz główny problem i było tak, chociaż na poziomie świadomości wiedziałem, że przecież tu są oni u siebie, że to nie są żadni nielegalni migranci.

Drugą sprawą pozostaje obserwacja „zderzenia cywilizacji” w samym Maroku. Kraj jest otwarty na turystów i ściąga nie tylko tych odważniejszych i lepiej intelektualnie przygotowanych. Ci ostatni to turyści/podróżnicy; chodzą oni w trekkingowych sandałach, obeznani są z częścią miejscowych norm i ubierają się stosownie do kultury kraju – spotykaliśmy ich często, ale w miejscach turystycznych dominowali inni. Owo marokańskie otwarcie, skutkuje zbiorowymi wycieczkami przywożonymi z hoteli na wybrzeżu. Bywa, że uczestnicy takich „egzotycznych eskapad”, paradują po suku w niemal plażowych strojach. Europa jest naprawę blisko, więc z Hiszpanii można tu wpaść dosłownie na jeden dzień. Widzimy więc grupki młodych dziewczyn wytatuowanych i wyzywająco ubranych. Nikt im tu nie zwróci uwagi. Turyści są traktowani tak, jak podchodzi się do przynoszącego dochód klienta, a czasem jak frajera, na jakim można łatwo zarobić. 

Te myśli przychodziły mi do głowy w oczekiwaniu na obiad w otwartej na ulicę restauracji w Marrakeszu. W pewnej chwili do lokalu weszła młoda Europejka. Wysoka i szczupła, ale trudno mi powiedzieć czy ładna, bo od podbródka w dół była pokryta gęstym tatuażem. W przegrodzie nosa miała duży kolczyk.  Z całego jej zachowania emanowało kompletne zagubienie. Pytała o coś kelnerów. Nie byli wobec niej nieuprzejmi. Starali się jej w czymś pomóc. Patrzyli na nią może trochę jak na seksualny obiekt, ale bez agresji. W ich zachowaniu widać było też masę protekcjonalizmu. Pamiętam, że przemknęła mi wtedy przez głowę pewna myśl: jakaż to siła mogłaby ich – pewnych siebie, swych wartości,  młodych, muzułmańskich mężczyzn – zmusić do przyjęcia norm tej dziewczyny (może studentki jakiegoś humanistycznego fakultetu na lewicującym uniwersytecie)? Jaki mamy w ręku argument? Europejski socjal? Serio?

Maroko posiada własną architekturę i kuchnię, swój sposób zdobienia wnętrz i ubierania się. Tubylcy są ze swojej marokańskości zadowoleni. Jest to naprawdę świat „fascynujący” i  oferujący „niepowtarzalne” wrażenia. Może nawet jestem nim nieco „oczarowany” (i to mimo śmieci na pustyni i smrodu moczu na ulicach Marrakeszu). To ich kraj i nic mi do tego – jestem w nim tylko gościem. Połowa Marokańczyków – lub ogromna część w każdym z nich – to Berberowie. Byli na tej ziemi od zawsze; są u siebie. Ja, wróciwszy do kraju, może nieco ostrzej widzę, że ja też chciałbym, aby w moim centralno-europejskim zakątku, to co moje i rodzime – moim i rodzimym pozostało.

Chaos i wewnętrzny raj

Współczesne Marokańskie państwo wiele wysiłku wkłada w piękno świata zewnętrznego. Najlepiej widać to w stolicy. Widać to: w wyremontowanych starych budynkach, w wypieszczonych parkach, czy choćby w miejskich trawnikach i chodnikach. Tak jest w stolicy, ale tam, gdzie (jak w Fezie), silnie spotykamy się z tradycją, króluje kontrast dwóch światów. Za drzwiami domów jest świat wewnętrzny, skonstruowany wokół dziedzińców. Jest on zadbany i czysty, rozsmakowany w finezyjnych detalach zdobionych mebli i lamp, a cisza w nim jest dodatkowo kojona szmerem fontann.

Po drugiej stronie drzwi jest świat inny– świat przestrzeni publicznej: chaotyczny i hałaśliwy, bywa brudny i obskurny, zaśmiecony i często nie najlepiej pachnący. Chaos tego drugiego nie jest defektem estetyki miejscowej kultury, bo wewnątrz domów estetyczna pieczołowitość aż uderza. Jest utkana drobnymi detalami tak bardzo, że możemy ją zdefiniować jako absolutne antypody chłodnego funkcjonalizmu Ikei. Można takiego piękna nie lubić, ale nie można go lekceważyć.

Skąd więc, niedostrzegane przez miejscowych napięcie między dwoma światami? Przecież, kiedy stoimy przy wysokim obskurnym murze na ulicy, to zdajemy sobie sprawę, że od drugiej strony jest on pokryty pięknie zdobionymi kaflami, ale też na odwrót… Te dwa światy są dzielone centymetrami grubości drzwi lub muru. Te drzwi… najczęściej jedynie one noszą na sobie ślady wysiłku artysty również i na zewnątrz. W całym tym wywodzie, jedyny wyjątek to obiekty sakralne.

To nie jest specyfika jedynie marokańska – tak wygląda świat muzułmański – przynajmniej w tej części, jaką widziałem. Podobne podejście było chyba także w antycznym Rzymie i okresie hellenistycznym w Grecji; przecież do wewnętrznych „ogrodów” uciekał myślami (a chyba i fizycznie) filozof Epikur. Odkrywane przez archeologów antyczne wille, bardzo przypominają przestrzeń marokańskich riadów. Spójrzmy jednak na problem bardziej fundamentalnie; idzie tu o koncentrację na tym, co prywatne z jednoczesnym zaniedbaniem tego, co publiczne.

Jakże to odległe od typowego dla Europy skupieniu na sferze publicznej, na tym co jest elementem przestrzeni wspólnej. W antycznej Grecji, w demokratycznych Atenach było podobnie – później po Aleksandrze Wielkim już nie. Przychodzi mi do głowy ryzykowna teza, że jest to związane z systemem politycznym. Tam gdzie jest silny podział na oderwaną od społeczeństwa władzę – jak władza: kalifa, emira, czy sułtana, ale też hellenistycznego króla czy rzymskiego cezara – to (jeśli tylko warunki materiale na to pozwolą) człowiek, nie mogąc traktować miejsc publicznych jako czegoś swojego, skupia się na budowie (zamkniętej dla wrogiego świata i dla reszty ludzi) swojej enklawy – wewnętrznego raju.

Myślałem o tym wszystkim chodząc po Fezie, ale miałem też przed oczami inne spotkanie światów z dwóch stron murów – świetny dyptyk Jeana Geromea, pokazujący parę, jaka mimo przeszkód, flirtuje przez niewielkie zakratowane okienko. Dzięki formie dyptyku widzimy to z obu stron. Zawsze uważałem, że to daleko posunięta idealizacja świata kultury islamu – tak typowa dla malarstwa końca XIX wieku. Teraz tu, w Fezie, widzę tożsamość architektury i estetyki. Widzę podobne motywy na kiczowatych „dziełach” sprzedawanych turystom na tutejszym suku. Ta idealizacja dosyć mocno trzyma się ziemi Mahgrebu i to jest chyba najlepsza (na jaką mnie stać) turystyczna reklama Maroka.

Mała bosa dziewczynka na dnieprzańskiej skarpie

Na szczycie wysokiej dnieprzańskiej skarpy, w ciągu kijowskich parków, muzeów i obiektów kultury jest miejsce szczególnie wzruszające: na niewielkim placu między drzewami stoi naturalnej wielkości rzeźba małej, zabiedzonej dziewczynki. Jest ona swoistą wizytówką położonego głębiej, za jej plecami, Muzeum Hołodomoru – Wielkiego Głodu, jaki spadł na Ukrainę w latach 1932-33, zadał jej śmiertelne rany i gruntownie  ją zmienił.

Do figury możemy się zbliżyć na wyciągnięcie ręki. Niewielkim cokołem, na którym ona stoi są tylko symboliczne kamienne żarna, więc kiedy podejdziemy, to nie pomnik przytłacza nas, tylko my dominujemy nad nim. W mistrzowsko oddanej twarzyczce dziecka jest smutek i rezygnacja, a w dużych oczach widać śmierć. Nie wiem, czy tak reagują wszyscy, ale dla mnie pierwszy kontakt z tą figurą był piorunujący: nie mogłem stłumić wzruszenia. Może to kwestia kontrastu; Kijów jest pełen postsowieckiego monumentalizmu, a współcześni deweloperzy dodają swoje kolosy – monstrualne konstrukcje nachalnie wepcnięte się w wolne przestrzenie miasta. Przez centralne ulice butnie przeciskają się wielkie SUV-y… A tu? Mała dziewczynka, jakby bezdomna, zagubiona, przez nikogo nie chciana… 

A może w tym wizerunku ukrywa się coś więcej? W starożytności uważano, że posągi bogów to ciała, w których żyją oni sami. Może więc w tej figurce zamieszkała prawdziwa dusza zmarłego z głodu dziecka, nad którego ciałem nikt się nie pomodlił. Może ta drobna dziewczynka została wrzucona do jednej z tysięcy bezimiennych zbiorowych mogił, a może została zjedzona przez ogarniętych głodowym szaleństwem sąsiadów?

Możliwa jest też najprostsza odpowiedź: to mistrzowscy architekci kompleksu muzealnego zagrali na mojej podświadomości, na moich emocjach – Jeśli tak, to gratuluję im profesjonalizmu.

Do samego muzeum schodzimy pod ziemię flankowani ścianami z czarnego kamienia – ciemnego jak ukraiński czarnoziem. Ekspozycja jest symboliczna i niewielka, bo w przyszłości obiekt będzie rozbudowywany. Na zewnątrz, już teraz dominuje jej najważniejsza część nadziemna: biała, silnie kontrastująca z otoczeniem wieża-świeca z ornamentem przypominającym ludowy haft.

Wokół muzeum wybuchły w pewnym momencie gorszące spory, kiedy dyrekcję oskarżono o zawyżanie liczby ofiar. Problemem jest jednak nie tyle rzetelność badaczy, ile sama metodologia. Rosjanie nie są Niemcami – nie liczą skrupulatnie swoich zbrodni. Dane opierają się więc głównie na demografii i statystyce i tylko w zdecydowanej mniejszości przypadków znamy personalia tragicznie zmarłych. Znikały całe wsie, ale czy to znaczy, że wszyscy w nich wymarli? A może jednak częściowo zbiegli do miast? Przywożono też nowych osadników z głębi ZSSR, co załamuje krzywe demograficznych analiz. W tych „błędach” muzeum, ja wolę widzieć determinację w poszukiwaniu prawdy – rozpaczliwą próbę przebicia się przez gąszcz krwawego, sowieckiego bałaganu. 

W wyniku Wielkiego Głodu Ukraińców zmarły miliony – minimum trzy, chociaż najprawdopodobniej więcej. Problem z oszacowaniem faktycznej liczby ofiar polega też na tym, że z głodu umierali nie tylko mieszkańcy sowieckiej Ukrainy, ale także Ukraińcy zamieszkali  na innych terenach imperium, szczególnie na Kubaniu. Z drugiej strony, na samej Ukrainie, ginęli też przedstawiciele mniejszości narodowych, a w tym prawdopodobnie kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Czasem myślę jednak, że w tej walce o cyfry jest coś niewłaściwego – to tak,  jakbyśmy liczyli ludzi na sztuki. Dla moralnej oceny zbrodni nie ma to przecież żadnego znaczenia.

Główna oś sporu rosyjsko-ukraińskiego w interpretacji tych wydarzeń polega na tym, że Ukraina uznaje Wielki Głód za działanie  świadomie skierowane przeciw Ukraińcom, a Rosja wskazuje na ponadnarodowy charakter tego wydarzenia i uwypukla czynniki, które można by roboczo nazwać „kłopotami z zarządzaniem”. Moskiewscy propagandyści ewidentnie wolą widzieć we włodarzach Kremla niesprawnych nieudaczników niż morderców. Może jest jednak i trzecia możliwość odsłaniająca mroczną prawdę o rosyjskiej duszy, w której pobrzmiewają nuty akceptacji każdej zbrodni, jeśli jest niezbędna dla dobra państwa: „Imperium wymaga ofiar? Cóż, trzeba je ponosić!”

A więc, świadomie poświęcono miliony istnień  dla wyższego „dobra”. W tym samym czasie, kiedy trwała ta tragedia odbyła się przecież najszybsza (i w pewnym sensie bardzo udana) modernizacja. Na rolniczej Ukrainie w ciągu dosłownie kilku lat powstały potężne zakłady kombinaty  przemysłowe.

Przepis na tę modernizację był prosty: Zabrać chłopom zboże i sprzedać je na świecie, a za pozyskane środki przeprowadzić forsowne uprzemysłowienie, zaś pozostałą resztką żywności nakarmić robotników w budowanych fabrykach. Chłopi umrą z głodu i zostanie tylko przemysł – proste, prawda? Cienie tej ówcześnie budowanej przemysłowej potęgi istnieją do dziś. Szare, brzydkie, betonowe konstrukcje zapór wodnych i hal fabrycznych są śladem tego projektu. Ja, patrząc na ten ponury beton, widzę zmielone kości milionów ukraińskich chłopów.

W maju 1920 roku, kiedy w ramach sojuszu z Polską, armia i władze Ukraińskiej Republiki Ludowej wróciły na krótko na tereny centralnej Ukrainy, to miejscowi chłopi nie wsparli prób budowy państwa. Obawiali się, że Polacy to nie tyle sojusznicza armia, co awangarda, za którą wróci polskie ziemiaństwo i odbierze im ich ziemię. Ta „ziemia”… – Cieszyli się nią dosłownie kilka lat. W 1929 roku, kiedy zwycięzcy bolszewicy poczuli się dostatecznie pewnie, rozpoczyna się „kolektywizacja rolnictwa”. W praktyce odbierano chłopom grunty, ograniczając im prawo do przemieszczania się i zmuszając do niewolniczej pracy. Najbogatszych z nich nazwano „kułakami” i planowo wyniszczono. Na żyznych terenach Ukrainy pod kategorię „kułaków” mógł podpadać praktycznie każdy chłop-gospodarz. Wielki Głód wpisuje się w ten proces w całej jego zbrodniczości i w chaotycznym bałaganie na niższych szczeblach administracji.

Trudno zrozumieć mechanizm umierania głodowego wsi – organizmu skupiającego przecież producentów żywności. Był to proces rozciągnięty w czasie i podzielony na etapy. 

Od 1929 rozpoczyna się presja kolektywizacyjna; zakładane były „kołchozy” (po ukraińsku „kołhospy”) i chłopom odbierane były grunty. Obawiając się (i słusznie) utraty również hodowlanych zwierząt, gospodarze sami je wybijają je – to zrozumiałe, ponieważ: „albo mięso zje moja rodzina, albo mi je zabiorą”. Te działania zmniejszyły pogłowie zwierząt pociągowych i obniżyły zdolność do obrabiania pól (już wtedy kołchozowych). Sowiecka propaganda pyszniła się traktorami, ale było ich zdecydowanie zbyt mało… 

W tym samym czasie w ramach planowej gospodarki na poszczególne kołchozy (wsie) są nakładane zdecydowanie zawyżone obowiązki dostaw zboża – „potrzebnego miastom i niezbędnego na eksport”. Od terenów z najlepszą ziemią wymagano najwięcej i to wyjaśnia, dlaczego to tam śmiertelność była wyjątkowo wysoka. Komunistyczni aparatczycy na niższych szczeblach nie protestowali przeciw tym zabójczym żądaniom, myśląc tylko o sobie. Brak wywiązywania się z planu był tłumaczony sabotażem „kułaków”, co skutkowało lokalnymi falami krwawych represji. W chłopskich zagrodach trwały przeszukania i konfiskata znalezionego zboża. 

Kampanii siewnej 1932 nie można uznać za udaną; Brakuje siły pociągowej i ziarna na siew. Żądanie wymaganej wysokości dostaw wisi jak katowski miecz nad chłopskimi głowami. Za zabranie z kołchozowego pola, tego co pozostało po zbiorach: zamarzniętego ziemniaka, buraka, czy … „pięciu kłosów”, grozi kara śmierci. Kiedy kołchoz nie wywiązuje się z dostaw, wieś jest karnie pozbawiana „ekwiwalentu żywności” w mięsie, warzywach, owocach. Zostaje objęta zakazem opuszczania terenu, nadzorowana przez wojsko. Nadchodzi głodowa  śmierć. Ratunkiem pozostaje desperacka ucieczka: do najbliższego miasta, na pobliską stację kolejową. Nie ma komu grzebać umierających „wrogów ludu” – pojawia się „trupożerstwo” i ludożerstwo.

Pozostaje pytanie, czy na Kremlu o tym wiedziano? Jednoznacznie – tak . Bolszewicka elita nienawidziła chłopów i bała się ich, a ukraińskość w ich mniemaniu była tożsamością chłopską i te czynniki łączyły się w moskiewskich głowach: Ukrainiec równa się chłop. Dodajmy do tego odrzucenie Boga i wiarę w historyczną konieczność. Zobaczmy to też w perspektywie bezwzględności terroru i rosyjskiej despotyczny tradycji, a zrozumiemy sposób myślenia włodarzy na Kremlu.

Skutki kolektywizacji i Wielkiego Głodu trwają do dziś. Kiedy Ukraina stała się niepodległa, to kołchozy rozwiązano, ale chłopom ziemi nie zwrócono. Komu zresztą zwracać?  „Kułackie” rodziny niekiedy wymordowano albo wysiedlono w całości. Pojawili się też przesiedleńcy pracujący w kołchozie od dziesiątków lat, a co najważniejsze: znikła przekazywana z ojca na syna, z matki na córkę rolnicza wiedza – umiejętność prowadzenia rolnego „przedsiębiorstwa”. Byłym kołchoźnikom dano więc jedynie „udziały” w gruntach. Dzisiaj te udziały wydzierżawiają oni – najczęściej za grosze – wielkim rolniczym kompaniom.

Dla ukraińskiej, miejskiej inteligencji wieś jest zjawiskiem mitycznym, ale też miejscem, jakiego nie potrafi ona powiązać ze współczesnością. W ukraińskich głowach, wyidealizowany, landszaftowy obrazek obrośniętej czerwoną kaliną chaty, sąsiaduje z przyzwoleniem na utrzymywanie wsi w stanie pełnej zależności od owych holdingowych potęg. Lokalne ukraińskie drogi są niszczone przez potężny sprzęt, którego właściciel najczęściej mieszka wraz z rodziną za granicą.

A chłopi? Zostały im działki przyzagrodowe. Na podwórkach widać samochody starsze niż ich właściciele. Wzdłuż drogi, z wiaderek i koszy wiejskie kobiety sprzedają to, co wyrasta w ich przydomowych sadach i ogrodach. Ten handel jest dla nich chyba najważniejszym źródłem dopływu gotówki. Na coś więcej brakuje wszystkiego: ziemi, pieniędzy, wiedzy, energii i siły.

W pewnym sensie ukraińska wieś wygrała: przeżyła – ale czy będzie w stanie powrócić w pełni? Czy kiedyś zjawi się warstwa średniozamożnych gospodarzy, którzy mogliby stać się naturalną miejscową elitą? A może Ukraina już zawsze pozostanie w rękach zbożowych oligarchów? Na to pytanie muszą sobie odpowiedzieć sami Ukraińcy – przecież tak bardzo kochają swoją wieś.

Raz w roku, w czwartą sobotę listopada, chuda dziewczynka przed Muzeum Hołodomoru staje się najważniejszą osobą na Ukrainie. Plac jest odwiedzany przez ważne, oficjalne delegacje i osoby prywatne. Ukraińcy, podobnie jak my Polacy – często przeżywają swój patriotyzm „na smutno” i wokół drobnej figurki płonie morze zniczy. Jest też jednak pewna różnica: pod bosymi nogami dziecka układane jest jedzenie (najczęściej jabłka), a w przynoszone bukiety i  wiązanki wplatane są kłosy zboża.

Te symboliczne kłosy – których pięć sama dziewczynka obejmuje…

Moja Ukraina – zamiast wstępu                                                                          

Pobyt w Kijowie, w trudnym i ważnym czasie wojny, jest niepowtarzalnym doświadczeniem. Nie chodzi mi jednak o niezdrową ekscytację niebezpieczeństwem i okrucieństwem; idzie mi raczej o możliwość patrzenia z bliska na ukraińskie społeczeństwo, na którym wojna wymusza zmiany tak głębokie, że to co zazwyczaj jest statyczne (w różnych planach), tutaj podlega przeistoczeniom widocznym gołym okiem.

Odbywająca się tu wielopłaszczyznowa rewolucja w świadomości falsyfikuje szereg modnych na świecie trendów – trzeba tylko uważnie się przyjrzeć. W takiej perspektywie Ukraina jest wielkim laboratorium funkcjonowania idei w XXI wieku, ponieważ wojna usunęła szereg „bezpieczników”  kulturowej inercji i kierunki, w jakich płynie ukraińska świadomość pozwalają nam szerzej spojrzeć na szereg prawd ogólnych.

Ważne też jest pole inne obserwacji: Ukraina i Polska. Taki widnokrąg jest (mimo całej grozy wojny) niezwykle radosny i fascynujący zarazem. Można go obserwować niczym kochanków podczas wspólnego spaceru wiosennym popołudniem – kiedy uczucie bije z każdego ruchu czy gestu. Jak bardzo jesteśmy zdziwieni, kiedy dowiemy się, że przeżywająca miodowy miesiąc para była już ze sobą bardzo dawno temu i rozstała się w eksplozji publicznej awantury, w atmosferze wzajemnych oskarżeń i realnych zdrad, że wzajemnie zrobili sobie tyle złego… Wtedy ten ich „miodowy miesiąc” wydaje się tym dziwniejszy. Patrzą na siebie z miłością, tak jakby dopiero się dopiero poznali, a przecież byli również sobą wcześniej, wtedy kiedy robili sobie rzeczy najgorsze. Każdy okruch pamięci może więc być tu niczym mina.

Niemniej fascynująca jest trzecia płaszczyzna (po uniwersalnej i polsko – ukraińskiej): wewnątrz ukraińska.  Ukraińcy próbują się ułożyć sami z sobą. Usiłują pojednać swoją realną i ugruntowaną (a jakże mogłoby być inaczej?!)  sowiecką przeszłość z głębokim przekonaniem, że są częścią Zachodu. Kompleks wobec „wyższej”  rosyjskiej kultury zderza się z przekonaniem o własnej supremacji nad północno-wschodnim, imperialnym sąsiadem – ta wyższość Ukrainy nad Rosją może być i realnie jest opisana jedynie bajkowo-Tolkienowskim językiem: Mordor i Orki, kontra świat Dobra. Zachłyśnięci narodową swobodą, współcześni Ukraińcy, są w stanie poświęcić naprawdę wiele dla obrony własnego, suwerennego, narodowego państwa, a jednak, niczym ćmy do świecy, podążają w kierunku globalizujących wszystko centrów kultury zachodniej – które im natychmiast zabiorą znaczną część tej wymarzonej niepodległości. Najbardziej patriotyczne społeczeństwo przeciw kamieniom młyńskim kosmopolityzującej wszystko kultury świata Zachodu – kolizja będzie naprawdę widowiskowa.

W każdym tekście istotny jest autor, oraz docelowy czytelnik. Sam tytuł „Moja Ukraina” może wprowadzać w błąd.  W języku polskim – a może przede wszystkim w naszym polskim kodzie kulturowym – można taki tytuł zrozumieć przynajmniej na trzy sposoby.

„Moja Ukraina” oznaczać może deklaracje narodową. Byłoby to mylące. Mam do kraju nad Dnieprem znaczny sentyment, tutejszy „duch narodowy” w wielu aspektach bardzo mi odpowiada, jestem jednak tu obcy. W Polsce niektórzy zarzucają mi ukraińskość, znając moje częściowo ukraińskie korzenie. Dla mnie nie byłoby to zarzutem, ale obiektywnie rzecz ujmując i patrząc na mój osobisty kulturowy kod,  jestem po prostu „jagiellońskim” Polakiem – w Ojczyźnie jest wielu takich jak ja. Nie, tytuł nie jest narodową deklaracją.

Można jednak rozumieć go odwrotnie: jako kolonialną (ewentualnie,  postkolonialną) deklarację Polaka – jako uznanie prawa „własności” do Ukrainy. Kręgi silnie narodowo-nacjonalistyczne uwielbiają tę perspektywę. Dla nacjonalistów ukraińskich jest to dowód na „polską okupację”, a dla polskich na „misję cywilizacyjną” na „dzikich stepach” porównywalną do dziewiętnastowiecznej misji mocarstw kolonialnych w trzecim świecie. 

Nie, tu odpowiedź jest zupełnie negatywna. Takie podejście uważam za błędne naukowo, kompromitujące moralnie i dowodzące licznych kompleksów (po obu stronach).

Jest wreszcie trzecie rozumienie tego tytułu: „Moja Ukraina” jako podkreślenie, że autor nie pretenduje do miana nosiciela prawdy obiektywnej. Spostrzeżenia dalej zawarte są tylko „moje”, są skutkiem mojego wykształcenia i przeżyć, którymi jednak chętnie podzielę się z czytelnikiem.

Do kogo kierowany jest ten zbiór tekstów? Głównie do moich rodaków. W porównaniu z krajami Zachodu, my Polacy znamy Ukrainę całkiem nieźle, ale jednak rozpaczliwie jednowymiarowo. Toniemy w stereotypach, co powoduje, że Ukraińcy nas „zaskakują” (ostatnio, na szczęście pozytywnie). W takiej sytuacji, głos z Ukrainy może (chociaż nie musi) być dla czytelnika odkrywczy, a przynajmniej ciekawy.

Chyba każdy lubi przeglądać się w cudzych oczach, więc te teksty mogą być też wartościowe również dla Ukraińców; może ten polski głos o Ukrainie pomoże im zrozumieć Polaków.

Jeżeli to, co jest dalej napisane będzie dla czytelników nie tylko ciekawe, ale i zmieni (choćby w minimalnym stopniu) ich poglądy i postawy,  to będzie to dla mnie powód do głębokiej satysfakcji. Wzajemne zrozumienie jest teraz obu społecznościom potrzebne niczym powietrze.

Kijów, wiosna AD MMXXIII

Wojna w przestrzeni społecznej; Społeczeństwo na wojnie


Podczas wczorajszych, zwyczajnych zakupów, natrętnie powróciło do mnie zagadnienie/pytanie: Miejsce kultury podczas wojny; To jeden z najważniejszych problemów, jaki wciąż nie daje mi spokoju – wciąż powracająca… W tym pytaniu, kulturę traktuję szeroko, jako całość niematerialnego życia jednostki i społeczeństwa.

Nasz „Świat Zachodu” jest skrajnie pacyfistyczny i zdeheroizowany – prowadząca (już od ponad roku) wojnę Ukraina odwrotnie. Nie można jednak tej ukraińskiej postawy krytykować – nawet z perspektywy fanatyków marzenia o „końcu historii” i konsumpcyjno-postmodernistycznym raju. Ukraińcy przez całe lata próbowali być pilnymi uczniami zachodnich mędrców. Rozbroili się w poważnym stopniu – w tym rezygnując z posiadanej (!) broni atomowej. Z całego serca chcieli być zachodem, takim jak on jest – a przynajmniej takim jakiego sobie wyobrażali. Szukali szczęścia w osobistej karierze i w życiu codziennym. W konsekwencji, część ich kraju jest brutalnie okupowana, a reszta płonie pod rakietowymi ostrzałami…

Wizja świata o jaką my możemy się po prostu spierać, tu na Ukrainie przechodzi prawdziwie ogniową próbę; „Koniec historii” został rozjechany gąsienicami rosyjskich czołgów, a świątynie konsumpcji (centra handlowe) nakryte ogniem „Gradów” (niekiedy wprost, a nie przenośnie!). Po 24 lutego 2022 roku, Ukraińcy mogli albo zginąć (ewentualnie poddać się najeźdźcy) albo zacząć walczyć; elementem tej spontanicznej decyzji, stała się zmiana myślenia o świecie.

To dlatego w ukraińskiej przestrzeni publicznej, tak kuriozalnie i dziwacznie (dla nas) łączą się reklamy i logotypy znanych marek z wyjętymi (jakby) z innego świata kulturowymi śladami wojny.

Tym co wymusiło moją refleksję, wyrywając z rutyny zakupów, był stojak z pluszakami. Były na nim i takie, które świetnie znamy z naszych półek, jednak dominowały inne…: pluszowy „Bajraktar”, pluszowy czołg, poduszeczki z patriotycznymi napisami, maskotka psa-sapera „Patrona” (herosa tej wojny, jaki z plakatów ostrzega mieszkańców Kijowa przed saperskimi zagrożeniami).

Cały dział centrum handlowego był poświęcony wyposażeniu wojskowemu; zwisające z manekinów ceny różnych elementów wyposażenia, wyglądały i swojsko i nienaturalnie zarazem. Na dziele motoryzacyjnym rzucała się w oczy wielka nalepka z godłem Zbrojnych Sił Ukrainy – na wypadek, jakby ktoś swoje prywatne auto (albo specjalnie zakupione za granicą), zamierzał przekazać na wsparcie dla wolontariuszy, albo wprost do armii. Obrazu dopełniały stojaki z patriotyczno-wojskowymi magnesikami i naklejeczkami, puzzlami i brelokami…

Kiedy podszedłem na dział kosmetyczny, to zaczepiła mnie dziewczyna promująca wyroby znanego producenta maszynek do golenia. Na moją grzeczną uwagę, że od wielu lat używam produktów konkurencji (marka znacznie lepiej znana), zapytała (równie grzecznie), czy wiem, że ten producent „nie wycofał się z Rosji i wspiera terroryzm”. Nie zastanowiłem się nad tym wcześniej, ale po takim argumencie, kupiłem nową maszynkę z nożami do golenia: na opakowaniu, dumnie przyklejono (rozumiem że chyba już na Ukrainie) błękitno-żółte serduszko z odpowiednim napisem…

Kiedy opuściłem sklep, na wyspie za kasami, kolejna młoda dziewczyna sprzedawała akcesoria do telefonów… – oczywiście: spora grupa to patriotyczno-militarne. Tego jednak nie kupiłem…

Myśląc o tym wszystkim wracałem autem do domu, a z radia płynęła patriotyczno-heroiczna pieśń „… ja gniew swój przetworzę na wolność …”.

Jakim językiem kultury rozmawiać z ukraińskim społeczeństwem…? Takim, jakiego ono potrzebuje. To też ważny rodzaj naszego wsparcia.

Wojna to nie tylko śmierć i tragedia. Dla zminimalizowania tych dwóch ostatnich, potrzeba heroizmu i wiary w słuszność swojej sprawy. Powinniśmy, być z Ukrainą w tej kwestii „pół kroku za” – nigdy przed. Wspierać na tyle, na ile tego potrzebują. Wspierać i rozumieć.

Wspierać i czekać, bo widzę to w Ukraińcach; oni pragną pokoju. Nie wybrali sobie takiego wojennego życia – zostali w nie wepchnięci, ale za ważniejsze od życia w pokoju, uznali życie w wolności – co my Polacy świetnie rozumiemy.

Kiedy patrzę na społeczeństwo ukraińskie z jego miłością do ziemi i przyrody, to nieodmiennie przypomina mi się starożytny rzymski mit o Cyncynacie. Kiedy Ojczyzna go wezwała, to orał swoimi wołami pole. Kiedy tylko zwyciężył, odłożył broń, aby dokończyć pracę na polu.

Sława współczesnym Cyncynatom…

Przemyślenia po Święcie Niepodległości

Okolicznościowe wystąpienia na dzień 11 listopada były zdominowane (i to słuszne) przez kontekst skupiający się na refleksji nad tym, czym dla nas Polaków jest narodowa niepodległość i na historycznym opisie tego zaszło ponad sto lat temu. To tematy ważne, ale też oczywiste i przez to mniej ciekawe.

Chciałbym zapytać głębiej; Czym jest to świętowanie? Czym jest celebrowanie tego święta dla nas, ale też podobnych uroczystości w świecie? Czy 11 listopada to imieniny dalekiej ciotki, na których zjawiamy się z rodzinnej grzeczności i wychodzimy przy nadarzającej się okazji, czy też jest to szczera radość wynikająca z uświadamiania sobie faktu, że „mamy naszą Ojczyznę”? Na poziomie osobistym sprowadzać się to może do pytania: na ile nasze (moje) świętowanie 11 listopada to tylko połączenie rutyny z obowiązkiem, a na ile coś osobiście ważnego?

Na jeszcze wyższym poziomie abstrakcji można pokusić się o szerszą refleksję: czym jest niepodległe państwo narodowe w XXI wieku? Czym jest i w jaką stronę ma zmierzać? Czy jest może tylko reliktem przeszłości – pustą skorupą, pod którą kryje się tylko dawno już rozsypany w proch stary świat, czy też jest ono podstawową i (co ważniejsze) pożądaną strukturą organizacji naszej politycznej rzeczywistości? Bo przecież my Polacy, jesteśmy częścią świata i tak jak inni poddajemy się panującym w nim globalnym tendencjom.

Niepodległość narodową – jak każdą inną wartość – należy sprowadzić do poziomu jednostki ludzkiej. Wolna Ojczyzna ma sens, jeśli jest ważna dla jej obywateli. Żyje ona dotąd, dokąd żyją ich wobec niej uczucia. Nie można tu nie przywołać herbertowskiego: „… i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden

on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania on będzie Miasto …”.

Herbert pisze Miasto z wielkiej litery, ja chętnie napisałbym z wielkiej litery także On. On i Miasto, Obywatel i Ojczyzna – Obywatel właśnie, a nie poddany. Ojczyzna jako pojęcie polityczne zjawia się, kiedy pojawia się Obywatel. Bez politycznego kontekstu, jest ona czymś innym: rozproszonym i prywatnym sentymentem do tego, co rodzime. Historycznie rzecz ujmując, w znacznej liczbie krajów, państwo i polityka były przez wieki domeną jedynie władzy (lub wprost – władcy). Dosadnie wyraził to Ludwik XIV – „Francja to ja”. W jego państwie i wielu podobnych nie było Obywateli, lecz poddani. Kiedy zapragnęli oni stać się Obywatelami, to zawołali „Państwo to my”; my wspólnie – my razem.

Jak jednak przekroczyć przypisaną nam tożsamościową samotność – nasze odosobnienie w przeżywaniu tego, co ważne? Tu zjawia się Naród. Jak mówią teoretycy, nowoczesne wspólnoty narodowe powstawały późno (w klasycznych teoriach w XIX wieku, wraz z emancypacją warstw ludowych). Nie są jednak tworem sztucznym. Konstruowane były (choć może lepiej powiedzieć „konstruowały się”) z zastanych już dawnych sentymentów. Budowane były na krążących i znanych powszechnie legendach, a potem na zastępujących je wspólnotowych przeżyciach historycznych. Składała się na nie jedność wiary i języka. Wzmacniały je charakterystyczne dla danej grupy elementy stroju i obyczajów. Scalały charakterystyczne miejsca geograficzne i pejzaż. W wielomilionowych społecznościach symbolicznymi, wspólnymi przodkami stawali się narodowi bohaterowie czy poeci.

Obywatel musi komunikować się z innymi Obywatelami, musi być gotów na kompromis i częściową rezygnację ze swoich – także osobistych – życiowych planów i marzeń. Aby tak się działo musi istnieć bezpieczna przestrzeń tego co wspólne, na której można się oprzeć w czasie kryzysów – tak, aby państwo nie rozpadło się w ferworze wewnętrznej wojny osobistych pragnień Obywateli. Naród jest naszą częścią wspólną, wspólnym mianownikiem gwarantującym funkcjonalność demokracji. Bez niego demokracja wywołuje przekleństwo wojny domowej. Co ważne, nie o racjonalną umowę Obywateli tutaj chodzi, nie o wspólne prawa, ale o wspólne emocje budujące podstawy naszej świadomości. Ojczyzną jest to, co wspólnie kochamy.

Niepodległość kraju jest bezpośrednio związana z pojęciem narodu. Patrząc na problem chłodno, jest to świętowanie triumfu ekskluzywnego partykularyzmu. Ekskluzywnego, bo nie każdy jest członkiem danej wspólnoty – więcej; z góry zakładamy że uroczystość Dnia Niepodległości jest „tylko nasza” tylko „dla nas”. Powyższe nie musi jednak oznaczać wrogości wobec innych – to tak, jak nie jest nią świętowanie własnych urodzin. Nasz „Dzień Niepodległości” (ale też „Dni Niepodległości” innych narodów), jest przede wszystkim demonstracją naszego wspólnotowego istnienia.

Być może narastające podziały wewnątrz współczesnych zachodnich społeczeństw – podziały okraszone popisami wzajemnej nienawiści – są skutkiem załamywania się narodów. Komuś może się to wydać pożądane, ale za tym nie nastanie społeczeństwo wolnych jednostek. W miejsce narodowej wspólnoty obywateli wchodzą potęgi oligarchiczne o globalnej sile. Wobec nich jednostka jest bezradna. Największym współczesnym zagrożeniem dla demokracji nie jest totalitarna tyrania, lecz globalna oligarchia, nad którą nikt – poza wąskim kręgiem właścicieli i managementu – nie ma kontroli.

Obecna wojna na Ukrainie stanowi ogromny, empiryczny wkład w tę dyskusję. Setki tysięcy ludzi w ukraińskich mundurach i miliony ukraińskich Obywateli wspierających ich słowem – a często i materialnie – walczą pod narodowymi flagami.

Pozostają oni sobą; są kobietami i mężczyznami, mają różne orientacje seksualne i poglądy na temat zagrożeń klimatycznych, są wśród nich ludzie różnych religii i osoby niewierzące, ale narażają oni swoje życie dla idei swojej Ojczyzny. Nie ma czołgów z (na przykład) tęczową flagą namalowaną na kadłubie lub powiewającą na wieży. To powinno dać do myślenia wszystkim w świecie zachodu. Te zdania nie oznaczają jednak wykluczenia w ramach naszej wspólnoty – odwrotnie – stanowią one deklarację uznania różnych Obywateli, za równych członków narodowej wspólnoty. Otwartym pozostaje jedynie pytanie, na ile oni chcą przynależeć do tej wspólnoty…

Dwa światy

Wczoraj w bramie kijowskiej ulicy Honczara minąłem dwie nastolatki z „helloweenowym” makijażem. Dziś (jeśli alarmy przeciwlotnicze nie przeszkodzą) jadę ze zniczami na cmentarze – dwa odrębne światy…

Początek listopada w polskiej tradycji jest specyficzny. Formalnie – zgodnie z katolickim kalendarzem – pierwszego listopada mamy dzień Wszystkich Świętych, a drugiego „Zaduszki” – Święto Zmarłych. Realnie jest to okres kiedy Polacy masowo odwiedzają nekropolie. Łuny zniczowego światła bijącego z nich po zmroku, są dla mnie jednym z symboli mojej Ojczyzny. Nie znam takich badań, ale przypuszczam, że gdyby policzyć pieniądze jakie moi rodacy wydają na swoich zmarłych bliskich (budowa nagrobnego pomnika i potem kwiaty i znicze) i zestawić to z dochodami, to jesteśmy w ścisłej światowej czołówce. Listopadowe święto ma też swój kontekst patriotyczny. Odwiedzamy mogiły naszych bohaterów – realne i symboliczne, indywidualne i zbiorowe…

Polska tego czasu wygląda niecodziennie; W miastach uruchomione są specjalne linie komunikacji miejskiej dowożące odwiedzających na cmentarze. Przejazd prywatnym samochodem jest trudny bo ruch obok dużych nekropolii jest zamknięty, a parkowanie często niemożliwe. Konieczność odwiedzenia mogił bliskich w odległych rejonach powoduje, że drogi są przeciążone, a policja drogowa ma ręce pełne roboty. Nie wiem czy również w tym roku, ale zazwyczaj akcja policyjna w te dni odbywa się pod kryptonimem „Znicz”…

Od wielu lat w tę polską tradycję wchodzi coś obcego – Halloween. Popularne w świecie anglosaskim święto nie wymaga charakterystyki.

W naszych supermarketach z zaciekawienie obserwowałem – z roku na rok narastającą – wojnę między paletami ze zniczami i pułkami z helloweenowymi gadżetami. Lubię Anglosasów i nie przeszkadza mi obcość ich święta w kraju nad Wisłą, ale sprawa jest poważniejsza niż proste zderzenie tego co lokalne z siłą globalizacji.

Problem śmierci jest jednym z najważniejszych w życiu człowieka. Dotyczy każdego z nas, a jego skala jest (a przynajmniej może być) przytłaczająca. Wyraźna granica w naszej egzystencji do której wszyscy się zbliżamy. Przekraczalna w jedną stronę… oddzielająca od najbliższych – już teraz albo później, ale z pewnością. Jak można żyć z taką świadomością? Możemy albo utwierdzić się w wierze, że śmierć nie jest ostatecznym końcem – powiązać nasz świat ze światem zmarłych, albo odsunąć leki maskaradą. Możemy powiedzieć inaczej: to alternatywa zaprzyjaźnić się ze śmiercią albo ją obśmiać.

Współczesny świat konsumpcji wybiera to drugie, ja nie potrafię. Nie potrafię oddalić natrętnego poczucia niesmaku, kiedy widzę zamianę fundamentalnej dla człowieczeństwa refleksji na pomalowanie twarzy i założenie helloweenowego przebrania. Zbierające słodycze dzieci („cukierek albo psikus”) czy refleksja nad naszym istnieniem? Jeśli nie w te dni, to kiedy chcecie nad tym myśleć?

Nie dysponuję socjologicznymi badaniami na ten temat, ale jestem niemal pewien, że wybór między Helloween i świętowaniem Wszystkich Świętych/Zaduszek, pokrywa się w poważnym stopniu z wyborami światopoglądowymi (z politycznymi włącznie).

Nasze dzisiejsze odwiedzanie cmentarzy jest dla naszych zmarłych, ale też dla nas, tak abyśmy spokojniej patrzyli na to co po tamtej stronie…

Czas się zbierać na cmentarze…

A ukraińskie dziewczyny z bramy mojego podwórza? Cóż; dowodzą że Ukraina to część zachodniego świata.

A one osobiście? Mają jeszcze czas na poważne refleksje nad śmiercią, chociaż wojna na Ukrainie boleśnie przywołuje stare łacińskie „Memento mori”.

Sobotnie refleksje o Rosji, Zachodzie i strachu

Co jakiś czas, w różnych wariantach pojawiają się głosy, aby „nie upokarzać Rosji”. Za tymi głosami stoi myślenie tak płytkie, że aż przerażające.

To nie komfort życia, czy poczucie osobistego bezpieczeństwa, to imperialna duma jest w Rosji źródłem lojalności mieszkańców wobec władzy. Zastępuje ona społeczności imperium (nie tylko etnicznym Rosjanom) klasyczną dumę narodową. Z wewnętrznego (rosyjskiego) punktu widzenia, ów „szacunek” jakim ma Rosję darzyć świat, to tak naprawdę strach przed Rosją; Mamy się bać. Mamy się bać Rosji, a ściślej władzy, która Rosję uosabia. Bać się tak, jak ci mieszkańcy Rosji, którym przyjdą do głowy wolnościowe idee. W takiej optyce „szacunek dla Rosji” ma swoje źródło w strachu, a nie w kulturze i cywilizacji okazującego ów szacunek.

„Rosja to siła!”

Władza w Rosji (o wiele bardziej niż w krajach zachodu), jest siłą zewnętrzną wobec społeczeństwa. Moc jej trwania nie polega więc na tym, że jest ona częścią zbiorowego „my”. Legitymizuje się ona inaczej – dostarczając mieszkańcom (bo przecież nie obywatelom w klasycznym sensie tego słowa) owo wspomniane wyżej poczucie imperialnej dumy.

Świat jest inny od jego wyobrażenia w głowach zachodnich polityczno-intelektualnych elit. Społeczeństwo postmodernistycznej liberalnej demokracji, nie jest końcem historii (nie chcę tu przesądzać dyskusji czy jest jej ślepą ulicą). Życie społeczeństwa, w którym główną wartością jest prawo do dostatniego bytu jednostki, okraszonego niekiedy wartościami hedonistycznymi, to tylko pewien wariant świata. Ze swoją odrębną tożsamością Rosjanie (choć również inne cywilizacje jak chińska, albo islamska) wewnętrznie czują się świetnie i mogą tak istnieć wiekami…

W Rosji dzwonkiem alarmowym jest dopiero militarna porażka. Rządzący ponoszący klęski na zewnątrz i lekceważeni na świecie, są zawsze nielubiani w kraju, ale w Rosji taka władza przestaje być władzą niemal automatycznie. To właśnie zewnętrzne upokorzenie było wielokrotnie tym czynnikiem, który wywoływał w Rosji refleksję co do prawomocności władzy. Świetnie to wiedzą na Kremlu, produkując obecnie w rosyjskich mediach, wrażenie sukcesu militarnego. Dobrze to wiedzą i Ukraińcy (znający Rosjan) i stąd ten wysyp kpin i pogardy wobec moskiewskiego włodarza. Ma to dotrzeć do Rosjan z przekazem: „nie jest tak mocny, skoro tak z niego kpią”, a skoro tak kpią to nie okazują szacunku…

Chcemy zakończyć wojnę? Dajmy Ukraińcom sukces, którego nie będzie mogła zamaskować rosyjska propaganda; odzyskanie Chersonia, może Mariupola? Z pewnością tak zadziałałaby na Rosję utrata Krymu. To przepis (w najlepszym dla Rosji wypadku) na tajemniczą chorobę u Władymira Władymirowicza, szybką zmianę władzy i pokój. W wariancie gorszym dla imperium, to rewolucja i rozpad.

A co z obawą przed atomowymi głowicami w ręku ewentualnych lokalnych watażków? Czy naprawdę wolimy permanentny i niezbywalny lęk wobec moskiewskiego centrum? Lęk przed Moskwą, która już od ponad pół wieku straszy świat atomową apokalipsą? Pozbądźmy się leku wobec Rosji raz na zawsze! Ogłośmy, że naszym celem jest jej denuklearyzacja. Jest to znacznie lepsza strategia niż karmienie euroazjatyckiego potwora naszym lękiem-szacunkiem.

Błąd w Matrixie

Refleksje w drodze do Kijowa

Późna wiosna na Ukrainie jest piękna. Po minięciu bużańskiej granicy wyszło słońce i zieleń pokazała się we wszystkich możliwych odcieniach; dominowały soczyście jasne młode liście. Na poboczach kwitły polne kwiatki. Wiele razy pokonywałem tę trasę w różne pory roku i przy różnej pogodzie. Jeździłem tędy w nocy i w środku dnia, ale tak ładnie nie było tu nigdy.

Wielogodzinna samotna droga samochodem niemal wymusza przemyślenia i ściąga uwagę na mijane krajobrazy i ludzi. Jakże tu spokojnie i jak typowo. Ukraińska wieś: kobieta z motyką na rowerze, przy drodze na kupującego czeka worek ziemniaków na obdrapanym taborecie, na ławeczce przed domem siedzą dwie staruszki w chustkach na głowach, na szerokim poboczu mężczyzna w moim wieku kosi trawę. Ani śladu wojny. Nie ma na nią miejsca.

To jednak nieprawda. Z poboczy wchodzą na drogę polowe umocnienia; W razie potrzeby mogą przegrodzić jezdnię i zablokować ruch. Część z nich jest większymi blok-postami na których żołnierze z uwagą, bez znudzenia i rutyny sprawdzają przejeżdżających. Najczęściej jednak to tylko niewielkie konstrukcje z worków z piaskiem, betonowych bloków i drewnianych żerdzi. Przykryte siatkami maskującymi uzyskują jednolitą bryłę. To właśnie te nienaturalne bryły wyrosłe przy drodze i na niej, są tak sztuczne – tak bardzo nie pasują do bujnej wiosny. Poczucie nierealności i nieprzystawania do siebie tych światów jest dojmujące. Te wszystkie wojskowe konstrukcje to „błąd w Matriksie”, coś czego nie powinno tu być.

Z samochodowego radia kojąco płynie audycja „Radia Relaks” – radia dla emerytów, którym świeci słońce nawet podczas burzy. Jednak fala radiowa ucieka. Szukam czegoś innego – z dala od dużych miast nie jest tego wiele. Przeskakuję na różne stację i wszędzie wojna. Na poboczach co jakiś czas patriotyczny bilbord. Zapamiętałem ten z modlącym się żołnierzem. Jeden z wojskowych kapelanów powiedział mi kiedyś, że na wojnie nie ma niewierzących…

Pospawane „iżaki” na poboczach. Wojna robi się na tyle dominująca, że to wiosna ze swoim cielęcym optymizmem zdaje się być wypaczeniem rzeczywistości. Te dwa światy nie pasują do siebie, ale który jest normą? Bardzo bym chciał żeby ten pierwszy, znam jednak historię i wiem, że jest ona zbudowana z wojennej pożogi.

Po wielu godzinach zbliżam się wreszcie do Kijowa. Ten odcinek znam najlepiej. Może jednak powinienem powiedzieć „znałem”. Ukraińskiego typu dwupasmówka, jest główną arterią z Kijowa na zachód. Toczyły się o nią ciężkie walki. Z miejsc zdobytych przez Rosjan, najdalej wysunięty na zachód był Makarów. Przed wojną nie zwracałem na niego uwagi. Gdy wojna wybuchła, siedząc bezpiecznie w Warszawie bezradnie przyglądałem się internetowym mapom pokazującym jak Makarów przechodził z rąk do rąk. Potem u dominikanów w Warszawie była zbiórka na odbudowę domów w Makarowie. Obawiałem się co tam zobaczę.

Tu też wiosna pokazała swoją siłę, ale nie mogła ukryć zniszczeń. Od Makarowa aż do samej ukraińskiej stolicy były one naprawdę duże. Przy spalonym czołgu nie zatrzymałem się – „okupowali” go inni robiący zdjęcia. O wiele większe wrażenie wywarła na mnie poniszczona drogowa infrastruktura: porozbijane kładki dla pieszych i ścianki dźwiękochłonne, powyginane bariery i popalone stacje benzynowe. W tej smutnej scenerii trwało jednak uparte życie – tym razem ludzkie. W kilku miejscach grupy pracowników drogowych strzygły ową rozpasaną wiosenną trawę, a ekipa remontowa naprawiała barierki. To oni mnie przekonali ostatecznie: To wojna nie pasuje do wiosny – do świata pokoju, a nie odwrotnie.

Narzekamy na cywilizację konsumpcji, na nasz pościg za dobrami materialnymi, ale jeśli alternatywą jest szaleństwo zniszczenia i śmierci, to ja zdecydowanie wybieram chodzenie po galeriach handlowych (może jednak alternatywa jest nie tylko taka?).

Paradoks o którym myślałem jeszcze w Polsce: Rosjanie rabują okupowane ukraińskie miejscowości, ale żeby tego dokonać muszą używać wojskowego sprzętu wielokrotnie droższego od majątku zrabowanego ukraińskim cywilom. Czy nie prościej zamiast kupować narzędzia wojny kupić buriackim czołgistom pralki, które tak chętnie wywozili na pancerzach swoich pojazdów? Chyba więcej od tej pralki czy bojlera warte było wypalone przez czołg paliwo.

Gdy postanowiłem opisać moje przemyślenia na zdjęcia do tekstu było już za późno. Zrobiłem kilka, ale gdy je obejrzałem to nie dostrzegłem aż tak silnego napięcia między dwoma światami – ale przecież tak naprawdę było ono tylko w mojej głowie. A spalony czołg? Odnalazłem inny w centrum Kijowa. Stał tam symbolizując to, że wojnę można zatrzymać.

Przed oknem kijowskiego mieszkania mam piękne bzy. Łudziłem się… ale kiedy dojechałem to okazało się, że już przekwitły…

Prawda o Rosyjskiej potędze.

Ktoś wreszcie powiedział: „sprawdzam”

Strach przed rosyjską, (a wcześniej sowiecką) siłą paraliżował przez lata wolny świat. Czy ten lęk był uzasadniony? Nikt przez lata nie sprawdził realności tej rzekomej potęgi. Jestem pod wielkim wrażeniem siły ukraińskiego oporu, ale skala niepowodzeń agresora nakazuje stawiać także pytania dotyczące słabości Rosji – pytania dotyczące jej realnej siły.

Mylili się wszyscy, chociaż może w różnym stopniu. Armia, która przez miesiąc w tak nieudolny sposób prowadzi wojnę ze Zbrojnymi Siłami Ukrainy, nie jest armią supermocarstwa. Skąd więc się brało przeświadczenie o rosyjskiej sile? Z pasma rosyjskich sukcesów militarnych w poprzednich konfliktach? Spróbujmy rosyjskie „sukcesy” podsumować cofając się w głąb historii. Z góry przepraszam za długą listę, ale może powinniśmy spojrzeć na problem z odpowiedniego dystansu.

Walki w Syrii (od 2012). 

Siły rosyjskie walczą tam z formacjami nieregularnymi i z nieuznawanymi międzynarodowo tworami politycznymi, a sukcesy nie są imponujące. W tym samym rejonie Cahal (siły zbrojne Izraela – państwa niewielkiego terytorialnie i demograficznie), od II Wojny Światowej odnosił sukcesy naprawdę błyskotliwe, w walce z różnymi siłami arabskimi. Na takim tle, “sukcesy” rosyjskie nie wyglądają oszałamiająco.

Rosyjski sukces w Gruzji (2008) był realny, chociaż niepełny. 

Wobec małej Gruzji Rosja wykorzystała swoje siły zbrojne, podsycając prawdziwe napięcia etniczne. Oderwano od Gruzji pewne terytoria. Sukces ten nie jest jednak ostateczny i na pewno obecnej Gruzji nie można traktować jako terytorium, jakie zostało „na powrót zintegrowane” z imperium.

Wojna w Czeczenii (od 1994).

Rosyjskie próby opanowania niewielkiej, kaukaskiej krainy, to prawdziwa kompromitacja. Czeczenia – mniejsza ludnościowo od Warszawy –  stała się dla Rosji problemem militarnym. Przypomnijmy, że pierwszą Wojnę Czeczeńską Rosja przegrała.

Wojna w Afganistanie (od 1978) to kolejna rosyjska (sowiecka) porażka. 

Była to przegrana w terenie trudnym i w wojnie przeciw wojowniczym góralom (w dodatku zaopatrywanym przez USA), ale skala tej klęski była tak duża i na tyle widoczna, że walnie przyczyniła się do upadku ZSRR.

W okresie komunizmu (od 1945) Armia Czerwona (do spółki z innymi armiami komunistycznymi) stłumiła  „Praską Wiosnę” i pokonała węgierskich powstańców z 1956 roku, w obu przypadkach nie można jednak mówić o pełnych działaniach typu wojennego, lecz raczej o wykorzystaniu wojska jako sił pacyfikacyjnych.

Dochodzimy do źródła przeświadczenia o rosyjskiej potędze – II wojna Światowa.

Przypomnijmy, że ZSRR walczyło jedynie z Niemcami, a w wojnę z Japonią zaangażowało się dopiero po pokonaniu III Rzeszy. Niemcy walczyły jednak na kilku frontach, a skala sowieckiego sukcesu, to połączenie radzieckiego „mięsa armatniego” i ekonomicznej potęgi zachodu. Co prawda większość czołgów ZSRR robiło samodzielnie, ale skala amerykańskich dostaw (dosłownie wszystkiego) była olbrzymia: od żywności i kabli telefonicznych, po samoloty, samochody i transportery (czołgi zresztą też). Pamiętajmy również, że od drugiej strony frontu, potęga gospodarcza Niemiec była druzgotana amerykańsko-angielskimi nalotami bombowymi. Zajęcie szeregu krajów Europy Środkowej pod koniec wojny jest częścią tej wojny i nie dowodzi prężności i siły ZSRR.

W okresie międzywojennym (1918-39) trwały zmagania rosyjsko-japońskie na dalekim wschodzie, bez wyraźnego wskazania zwycięzcy, a wcześniej miała miejsce wojna polsko-sowiecka 1919-1920 ze skutkiem świetnie nam znanym. Pierwszą Wojnę Światową (1914-18) Rosja wyraźnie przegrała, tak samo jak wojnę Rosyjsko-Japońską z lat 1904-1905. 

W wieku XIX Rosja toczyła wojny przeciw upadającej Turcji nazywanej wtedy „chorym człowiekiem Europy”. Wyrwała ona Turkom Zakaukazie i Bałkany, ale porażka w Wojnie Krymskiej z 1853-56 pokazała, że rosyjska armia przegrywa (i to na własnym terytorium),w zderzeniu z armiami krajów europejskich, gdy te włączą się do konfliktu.

W tymże wieku Rosja tłumiła polskie powstania, a w roku 1849 miała miejsce udana rosyjska interwencja po stronie Austrii na terenie zbuntowanych Węgier. Niemal cały wiek XIX to również tłumienie buntów na Kaukazie, ale tam, walcząc z małymi narodami osiągała ona sukcesy drogą eksterminacji całych społeczności. 

Zatrzymajmy się na pokonaniu Napoleona na początku XIX wieku.

W samej Rosji jest to sukces porównywalny z II Wojną Światowa („Wielką Wojną Ojczyźnianą”).  Jednak przypomnijmy tutaj, że Cesarz Francuzów został pokonany przez koalicję: Anglii, Rosji i de facto całych Niemiec (które, choć były wtedy podzielone, to stopniowo stanęły przeciw Napoleonowi).

Cały ten szereg wojen nie wygląda na wystarczający dowód „rosyjskiej potęgi”. W ostateczności imperium jednak trwało, a nawet rozwijało się. Skąd więc ten paradoks? Źródłem sukcesu Rosji nie jest atrakcyjność modelu państwa. Wiele Imperiów, po pierwotnej fazie podboju, oferowało podbitym ludom realny wzrost poziomu życia i awans cywilizacyjny. Z rosyjskim imperium było i jest inaczej (może należ zrobić wyjątek dla niektórych obszarów syberyjskich). Jego trwanie to w dużej mierze zarządzanie tylko przemocą i strachem. Lokalnie na Kaukazie było to (a może wciąż jest) zarządzanie strachem także strachem przed innymi – najczęściej Turcją. Zapytajmy ostatecznie: skąd więc brała się rosyjska siła? Ja widzę trzy jej źródła.

Pierwsze to defensywna rozległość terytorium. Ściganie pobitej rosyjskiej armii na olbrzymich euroazjatyckich przestrzeniach nie należało do łatwych – choćby logistycznie. Ten czynnik pozwalał przetrwać Rosjanom najtrudniejsze kryzysy.

Drugie to siła ofensywna. Były to zawsze masy żołnierzy, o których życie nikt nigdy nie dbał – „ludzi u nas dużo”. Czy jednak na pewno tak jest do dziś? W podejściu dowództwa tak, ale sytuacja demograficzna uległa gruntownej zmianie. Wcześniejsze wojny prowadzone były w dużej mierze rękami podbitych uprzednio ludów (na Kaukazie na chwałę imperium w XIX wieku zginęło tysiące Polaków, a w Afganistanie tysiące Ukraińców), ale w międzyczasie Stalin podczas II Wojny Światowej i w czasie różnych represji rozrzutnie roztrwonił ten największy rosyjski potencjał – ludzi. Pamiętajmy też, że obecna Rosja straciła swoje imperialne peryferia: Polskę, Ukrainę, Kraje Bałtyckie, Finlandię, Zakaukazie, Azję Środkową… Nie. Hasło: „ludzi u nas dużo” może tym razem okazać się zgubne. Przypomnijmy, że Polska razem z Ukrainą ma ponad połowę potencjału demograficznego Rosji.

Ostatnim źródłem rosyjskich sukcesów, był stosunek do Rosji krajów Zachodu. 

Rzadko kiedy pojawiał się ktoś potężny, kto chciał realnie jej zaszkodzić (ta konstatacja jest absolutnie sprzeczna z rosyjskim poczuciem, że cały świat czyha na to, by Rosję zniszczyć). Z zachodniego punktu widzenia Rosja była najczęściej elementem zewnętrznym, który jeden z zachodnich krajów wykorzystywał przeciwko drugiemu. W wojnach była wygodnym rezerwuarem owego taniego „mięsa armatniego”, o którym pisałem wcześniej. 

Powróćmy też do źródeł zachodniego lęku przed Rosją. Upojony radosną konsumpcją, a wcześniej zmęczony wojną Zachód nigdy nie zamierzał ryzykować konfliktu z ZSRR – wojny, która już w pierwszych latach byłaby prawdopodobnie wygrana. Poświęcono wolność Europy Środkowej dla własnego spokojnego i dostatniego życia. Lęk przed sowiecką potęgą był dla pokojowych społeczeństw USA i Europy lękiem przed jakąkolwiek wojną. Strach przed bronią jądrową przypominał (i do dziś przypomina) nieskończoną licytację pokera, w której nie można powiedzieć „sprawdzam”. Pogarda władców ZSRR (Rosji) dla życia własnych poddanych i umiłowanie życiowych przyjemności na Zachodzie powoduje, że sam lęk działa na zachodnich polityków jak użycie broni atomowej. Powiedzmy jednak głośno: dla świata byłoby to straszne, ale dla Rosji byłby to (tym razem naprawdę) koniec. 

Owo „sprawdzam” powiedziała teraz Ukraina i okazało się, że rosyjska potęga była blefem. Za jej słabością stoi niesprawność państwa z wszechobecną (również w armii) korupcją i wyniesiona z dawnych czasów pogarda dowództwa wobec własnych żołnierzy. Dysproporcja cywilizacyjna między Rosją a światem obecnie jeszcze wzrosła. Rosja jest rozpaczliwie technologicznie zależna od reszty świata, a przez oderwanie się od niej dawnych peryferii i kryzys demograficzny straciła znaczną część swojej ludzkiej siły. Na dodatek, na wschodnich rubieżach chiński smok nie czai się do ataku, on już rozpoczął trawienie Rosji.

 To może być koniec rosyjskiego pokera.