Nieoczywiste i kontrowersyjne refleksje po marokańskiej podróży

Podróże i podróżnicy

Dziesięć dni temu wróciłem z Maroka. Do głowy ciśnie się fundamentalne pytanie: po co porzucamy komfort własnego świata? Dlaczego szukamy egzotyki? Czy aż tak źle nam w domu? Niestety, chyba nie ma odpowiedzi uniwersalnej, ale może obserwacja tego, co inne pokazuje nam lepiej to, co jest nasze, własne…

Istnieje pewien współczesny standard podróżniczych opowieści – przesycone są nim media społecznościowe, ale także relacje w powoli zamierających mediach tradycyjnych. Turysta/podróżnik jest „oczarowany”, wrażenia są „niepowtarzalne”, a miejscowa kultura „fascynująca”. Więcej to mówi o psychice zwiedzającego niż o kraju, który on opisuje. W najgorszym wypadku może to być tkwiące w nieświadomości alibi tłumaczące poświęcenie na podróż niemałych pieniędzy; bez tych wrażeń i zachwytów, byłyby one po prostu stracone. Oczywiście mógłbym i ja „pozachwycać się” egzotyką Maroka, albo napisać podróżniczego bloga z poradami, chcę jednak wyjść poza ten schemat – wyjść z refleksjami kontrowersyjnymi i zarazem (mam nadzieje) nieoczywistymi. 

Każda obserwacja jest skażona okiem obserwatora, tak więc ja uczciwie zaznaczę moje ograniczenia. Po pierwsze jestem historykiem i podczas zagranicznych podróży może zbyt wiele uwagi poświęcam zabytkom i ogólnie kulturze. Po drugie, na moje postrzeganie Maroka silnie musiało wpłynąć doświadczenie Bliskiego Wschodu; bardzo dobrze znam Turcję i Syrię, wielokrotnie byłem w Libanie, Jordanii i Egipcie. Oglądałem te kraje wielokrotnie podróżując samodzielnie i to przez wiele tygodni. Moje wrażenia z Maroka z konieczności są porównaniem kraju w pewnym sensie podobnego do wspomnianych państw, chociaż jednocześnie odległego (tu od razu zaznaczę, że na tle Bliskiego Wschodu Maroko wypada nieźle). Jest jeszcze trzeci element, o którym muszę wspomnieć: jestem tradycjonalistą i zajmuję swoje miejsce w polskiej wojnie ideologicznej. W postrzeganiu obcego kraju mogę więc próbować być uczciwy, jednak bezstronnym być nie potrafię. 

Sok z pomarańczy

W Polsce „marokańskie pomarańcze” są chyba najbardziej rozpoznawalnym produktem z tego kraju. W Maroku zdecydowanie polecam sok z pomarańczy. Wyciskany jest on na każdym rogu – na ulicy i w każdej restauracji. Jest świetny, a cena jest umiarkowana, chociaż oczywiście zależna od miejsca i waha się od 4 do 8 zł za dużą szklankę – uważajcie jedynie na miejsca silniej turystyczne, bo bywa, że sprzedawcy „chrzczą” sok wodą. Napój jest serwowany wraz ze słomką i zawsze jest to wygodna słomka plastikowa. 

W drodze z Warszawy na krakowskie lotnisko, zjeżdżaliśmy na stacje benzynowe i do kawy zawsze otrzymywaliśmy słomkę papierową – nie wytrzymywała ona nawet do połowy kubka. Problem z plastikiem? Oczywiście, że tak. Zaznaczę, że Maroko jest czystsze i porządniejsze (szczególnie Rabat) niż na przykład Egipt, ale i tak śmietnik bywa tu straszny – uzupełnijmy: plastikowy śmietnik. Pozwólcie, że przywołam dwie sceny: pierwsza z nich to obraz z ładnej,  oceanicznej plaży w Essaouirze  (historyczny Mogador). Szeroki pas piasku (szczególnie rozległy podczas odpływu), względnie pusto i chłodny wiatr odpędzający żar słońca. Idealne 24 stopnie – raj… Podczas przechadzki wzdłuż wybrzeża mijało nas kilka… plastikowych butelek, które silne podmuchy szybko toczyły po piasku ubitym falami Atlantyku…

I obraz drugi: pustynia – nie ta w Merdzouga, przygotowana dla obcokrajowców (piękne piaszczyste wydmy utrzymywane dla turystycznych wrażeń), lecz ta bardziej prawdziwa – rzadko odwiedzane pustkowia, najczęściej kamienisto-żwirowe, skąpo porośnięte mało wymagającymi tamaryszkami. Ma to swój urok. Jeśli szukamy pustyni, to przecież między innymi po to, aby odczuć pustkę – w Merdzoudze to trudne, ale na olbrzymich, pozbawionych atrakcyjnych piaszczystych diun, marokańskich bezkresach jest to możliwe – albo może lepiej: byłoby możliwe, gdyby nie wszechobecne śmieci. Z odpadkami organicznymi surowy, gorący klimat radzi sobie błyskawicznie; wobec plastiku jest bezradny. Szczególnie irytujące są niebieskie torebki foliowe – całe pola plastikowego śmiecia, które znaczą miejsca, gdzie zatrzymywali się ludzie – nie zachodni turyści przecież… Osobną sprawą jest dziwna dominacja tego właśnie koloru…

Powróćmy do sedna: czy naprawdę nasza europejska walka z plastikiem ma jakikolwiek wpływ na zaśmiecenie Sahary czy afrykańskich atlantyckich plaż? Nie! My, u nas, sortujemy śmieci – ja osobiście z przekonaniem i determinacją. A robimy to w świadomości, że śmieci nie ma, że są tylko niesortowane odpady. Kwestia plastiku to nie problem jego użycia, lecz sortowania i powtórnego przetwarzania, a więc, mówiąc wprost: to problem kultury społeczeństwa. Oddajcie mi plastikowe słomki, bo ja i tak nie rzucę ich na ulicę! Nasi „zieloni aktywiści” uważają, że ich papierowe słomki i torby w hipermarketach „oczyszczą świat” – to bzdura! Ma to taki związek z meritum sprawy, jak rockowy koncert przeciw przemocy czy też wojnie wobec realnych przyczyn tych zjawisk.

Marokański problem ze zwiedzaniem

Wydawałoby się, że nastawione na turystów Maroko, przychyli im niebios tak, aby mogli oni doświadczyć wszystkich atrakcji tego kraju. Generalnie tak jest, poza jednym ważnym „ale”. 

W każdej kulturze najważniejsze zabytki architektury to budowle sakralne. Jakoś tak się składa, że sprawom metafizycznym ludzie poświęcają (a przynajmniej poświęcali) najwięcej artystycznego wysiłku. Zajrzyjcie w przewodnik turystyczny po dowolnym mieście świata, a zorientujecie się, ile obiektów w nim to obiekty religijne: katedra na Wawelu i Kościół Mariacki w Krakowie, Hagia Sofia i Błękitny Meczet w Stambule (Konstantynopolu), Meczet Ummajadów w Damaszku, katedra św. Wita i kościoły św. Mikołaja w Pradze, San Vitale w Rawennie, Ławra Peczerska i Sobór Sofijski w Kijowie… – nie będę kontynuował, ale można to ciągnąć w nieskończoność. A teraz pomyślcie o turystyce w tych miastach, bez odwiedzania wspomnianych obiektów – to właśnie jest marokańska rzeczywistość.

Maroko jest krajem muzułmańskim. Nie ma tu fundamentalizmu – albo też  jest względnie umiarkowany. Kobiety często chodzą tu z odkrytymi głowami, a czasami są nawet ubrane dosyć „odważnie”. Król Maroka opiekuje się także judaizmem i chrześcijaństwem. Jednak w Maroku nie ma (jak na przykład na Bliskim Wschodzie) rdzennych, starych wspólnot chrześcijańskich, jakie przetrwałyby arabską inwazję z VII/VIII wieku. Miejscowi, współcześni chrześcijanie to głównie emigranci z „czarnej” Afryki. Marokańskie, historyczne świątynie to meczety, a w nich są również miejsca spoczynku najważniejszych władców. Z zewnątrz robią one duże wrażenie. Minarety Mahgrebu są swoiste i chyba najlepiej oddają specyfikę ciekawej, tutejszej tradycji architektonicznej; tym większa szkoda, że można je podziwiać tylko z zewnątrz meczetów. Do środka nie wejdziecie, jeśli nie jesteście muzułmanami. Jest to konsekwentnie przestrzegane prawo i mniejsza z jego opisywaną wszędzie genezą, bo chodzi o fakt. Oczami wyobraźni widzę kiwanie głowami naszych konserwatystów; ich zrozumienie dla sytuacji. Czy tabuny turystów (często roznegliżowanych) to odpowiednie wypełnienie pustek europejskich kościołów? Może i nie, ale dajmy szansę również im. Osobną sprawą i kolejnym przyczynkiem dla naszych prawicowców, do refleksji nad sytuacją w Maroko, jest tamtejszy stosunek do LGBT. Mówiąc najkrócej: homoseksualizm, jest w Królestwie Marokańskim penalizowany… Całość tej refleksji prowadzi nas jeszcze dalej, do zagadnienia trzeciego; pytania o zderzenie kultur: muzułmańskiej i naszej zachodniej – występującej obecnie w dwóch skrajnie przeciwnych wariantach: lewicowo liberalnym lub tradycyjno-chrześcijańskim.

Obraz innego świata

Trzydzieści lat temu, amerykański politolog Samuel Huntington wydał swoją fundamentalną pracę „Zderzenie Cywilizacji”. Według niego, poszczególne kręgi kulturowe, pokrywające się z wielkimi religiami świata są wobec siebie wrogie, wzajemnie nieredukowalne i rozwijają się zgodnie z własną wewnętrzną dynamiką. Cywilizacja islamu to jeden z takich obszarów/kręgów. Huntington odrzuca możliwość rozwoju społeczeństwa typu zachodniego na obszarze poza rdzennymi terenami Zachodu – a więc i na terenach cywilizacji islamu. 

Na drugim biegunie była teoria Francisa Fukuyamy. Wyłożona została ona (nieco wcześniej niż ukazała się wspomniana publikacja Huntingtona), w eseju o dobitnym tytule „Koniec historii?”. Według Fukuyamy, upadek komunizmu „zakończył historię”. Pewien wariant społeczeństwa i państwa – a więc: liberalna demokracja z wolnym rynkiem i rozumianymi w sposób zachodni prawami człowieka – dowiodły swojej wyższości. Pytanie jakie pozostaje dotyczy jedynie tego, „kiedy”, a nie: „czy, w ogóle” reszta świata przyjmie ten model. Młodszy od Huntingtona o całe pokolenie, Fukuyama zdołał już wycofać się z nazbyt optymistycznej części swoich poglądów, ale „fukujamizm” w wersji uproszczonej, zadomowił się w głowach zachodnich humanistów – szczególnie humanistów młodych. Najczęściej nawet nie wiedzą oni, kogo cytują, ale są przekonani o bezalternatywności i powszechności własnego modelu cywilizacyjnego. Wielu z nich wakacyjnie odwiedza Maroko, prawdopodobnie nie zastanawiając się, że jest to kraj świetny do rozważania powyższego tematu; a jest tak z dwóch powodów.

Po pierwsze, świat Zachodu ma fundamentalny problem z nielegalną emigracją z Bliskiego Wschodu i Północnej Aryki. Ostrość zagadnienia bierze się nie tyle z samego faktu migracji, ile z odrzucania norm naszego życia przez znaczną część migrantów. Co prawda, prozachodnie Maroko nie jest żadnym z głównych kanałów ich przybywania, ale bliskość geograficzna powoduje, że napływają oni także stąd. Choć temat mnie ciekawi, to nie sprawdziłem naocznie jak wygląda nielegalna emigracja z Maroka. Świadomie nie odwiedziliśmy północy kraju – Rifu, bo szukaliśmy świata mniej śródziemnomorskiego, a bardziej „afrykańskiego”. Nie mogłem się więc przekonać czy „pontony” odbijają także z tutejszych wybrzeży. Jednak niemal podświadomie widok młodych mężczyzn na ulicach tutejszych miast i miasteczek przywoływał mi nasz główny problem i było tak, chociaż na poziomie świadomości wiedziałem, że przecież tu są oni u siebie, że to nie są żadni nielegalni migranci.

Drugą sprawą pozostaje obserwacja „zderzenia cywilizacji” w samym Maroku. Kraj jest otwarty na turystów i ściąga nie tylko tych odważniejszych i lepiej intelektualnie przygotowanych. Ci ostatni to turyści/podróżnicy; chodzą oni w trekkingowych sandałach, obeznani są z częścią miejscowych norm i ubierają się stosownie do kultury kraju – spotykaliśmy ich często, ale w miejscach turystycznych dominowali inni. Owo marokańskie otwarcie, skutkuje zbiorowymi wycieczkami przywożonymi z hoteli na wybrzeżu. Bywa, że uczestnicy takich „egzotycznych eskapad”, paradują po suku w niemal plażowych strojach. Europa jest naprawę blisko, więc z Hiszpanii można tu wpaść dosłownie na jeden dzień. Widzimy więc grupki młodych dziewczyn wytatuowanych i wyzywająco ubranych. Nikt im tu nie zwróci uwagi. Turyści są traktowani tak, jak podchodzi się do przynoszącego dochód klienta, a czasem jak frajera, na jakim można łatwo zarobić. 

Te myśli przychodziły mi do głowy w oczekiwaniu na obiad w otwartej na ulicę restauracji w Marrakeszu. W pewnej chwili do lokalu weszła młoda Europejka. Wysoka i szczupła, ale trudno mi powiedzieć czy ładna, bo od podbródka w dół była pokryta gęstym tatuażem. W przegrodzie nosa miała duży kolczyk.  Z całego jej zachowania emanowało kompletne zagubienie. Pytała o coś kelnerów. Nie byli wobec niej nieuprzejmi. Starali się jej w czymś pomóc. Patrzyli na nią może trochę jak na seksualny obiekt, ale bez agresji. W ich zachowaniu widać było też masę protekcjonalizmu. Pamiętam, że przemknęła mi wtedy przez głowę pewna myśl: jakaż to siła mogłaby ich – pewnych siebie, swych wartości,  młodych, muzułmańskich mężczyzn – zmusić do przyjęcia norm tej dziewczyny (może studentki jakiegoś humanistycznego fakultetu na lewicującym uniwersytecie)? Jaki mamy w ręku argument? Europejski socjal? Serio?

Maroko posiada własną architekturę i kuchnię, swój sposób zdobienia wnętrz i ubierania się. Tubylcy są ze swojej marokańskości zadowoleni. Jest to naprawdę świat „fascynujący” i  oferujący „niepowtarzalne” wrażenia. Może nawet jestem nim nieco „oczarowany” (i to mimo śmieci na pustyni i smrodu moczu na ulicach Marrakeszu). To ich kraj i nic mi do tego – jestem w nim tylko gościem. Połowa Marokańczyków – lub ogromna część w każdym z nich – to Berberowie. Byli na tej ziemi od zawsze; są u siebie. Ja, wróciwszy do kraju, może nieco ostrzej widzę, że ja też chciałbym, aby w moim centralno-europejskim zakątku, to co moje i rodzime – moim i rodzimym pozostało.

Sobotnie refleksje o Rosji, Zachodzie i strachu

Co jakiś czas, w różnych wariantach pojawiają się głosy, aby „nie upokarzać Rosji”. Za tymi głosami stoi myślenie tak płytkie, że aż przerażające.

To nie komfort życia, czy poczucie osobistego bezpieczeństwa, to imperialna duma jest w Rosji źródłem lojalności mieszkańców wobec władzy. Zastępuje ona społeczności imperium (nie tylko etnicznym Rosjanom) klasyczną dumę narodową. Z wewnętrznego (rosyjskiego) punktu widzenia, ów „szacunek” jakim ma Rosję darzyć świat, to tak naprawdę strach przed Rosją; Mamy się bać. Mamy się bać Rosji, a ściślej władzy, która Rosję uosabia. Bać się tak, jak ci mieszkańcy Rosji, którym przyjdą do głowy wolnościowe idee. W takiej optyce „szacunek dla Rosji” ma swoje źródło w strachu, a nie w kulturze i cywilizacji okazującego ów szacunek.

„Rosja to siła!”

Władza w Rosji (o wiele bardziej niż w krajach zachodu), jest siłą zewnętrzną wobec społeczeństwa. Moc jej trwania nie polega więc na tym, że jest ona częścią zbiorowego „my”. Legitymizuje się ona inaczej – dostarczając mieszkańcom (bo przecież nie obywatelom w klasycznym sensie tego słowa) owo wspomniane wyżej poczucie imperialnej dumy.

Świat jest inny od jego wyobrażenia w głowach zachodnich polityczno-intelektualnych elit. Społeczeństwo postmodernistycznej liberalnej demokracji, nie jest końcem historii (nie chcę tu przesądzać dyskusji czy jest jej ślepą ulicą). Życie społeczeństwa, w którym główną wartością jest prawo do dostatniego bytu jednostki, okraszonego niekiedy wartościami hedonistycznymi, to tylko pewien wariant świata. Ze swoją odrębną tożsamością Rosjanie (choć również inne cywilizacje jak chińska, albo islamska) wewnętrznie czują się świetnie i mogą tak istnieć wiekami…

W Rosji dzwonkiem alarmowym jest dopiero militarna porażka. Rządzący ponoszący klęski na zewnątrz i lekceważeni na świecie, są zawsze nielubiani w kraju, ale w Rosji taka władza przestaje być władzą niemal automatycznie. To właśnie zewnętrzne upokorzenie było wielokrotnie tym czynnikiem, który wywoływał w Rosji refleksję co do prawomocności władzy. Świetnie to wiedzą na Kremlu, produkując obecnie w rosyjskich mediach, wrażenie sukcesu militarnego. Dobrze to wiedzą i Ukraińcy (znający Rosjan) i stąd ten wysyp kpin i pogardy wobec moskiewskiego włodarza. Ma to dotrzeć do Rosjan z przekazem: „nie jest tak mocny, skoro tak z niego kpią”, a skoro tak kpią to nie okazują szacunku…

Chcemy zakończyć wojnę? Dajmy Ukraińcom sukces, którego nie będzie mogła zamaskować rosyjska propaganda; odzyskanie Chersonia, może Mariupola? Z pewnością tak zadziałałaby na Rosję utrata Krymu. To przepis (w najlepszym dla Rosji wypadku) na tajemniczą chorobę u Władymira Władymirowicza, szybką zmianę władzy i pokój. W wariancie gorszym dla imperium, to rewolucja i rozpad.

A co z obawą przed atomowymi głowicami w ręku ewentualnych lokalnych watażków? Czy naprawdę wolimy permanentny i niezbywalny lęk wobec moskiewskiego centrum? Lęk przed Moskwą, która już od ponad pół wieku straszy świat atomową apokalipsą? Pozbądźmy się leku wobec Rosji raz na zawsze! Ogłośmy, że naszym celem jest jej denuklearyzacja. Jest to znacznie lepsza strategia niż karmienie euroazjatyckiego potwora naszym lękiem-szacunkiem.

Prawda o Rosyjskiej potędze.

Ktoś wreszcie powiedział: „sprawdzam”

Strach przed rosyjską, (a wcześniej sowiecką) siłą paraliżował przez lata wolny świat. Czy ten lęk był uzasadniony? Nikt przez lata nie sprawdził realności tej rzekomej potęgi. Jestem pod wielkim wrażeniem siły ukraińskiego oporu, ale skala niepowodzeń agresora nakazuje stawiać także pytania dotyczące słabości Rosji – pytania dotyczące jej realnej siły.

Mylili się wszyscy, chociaż może w różnym stopniu. Armia, która przez miesiąc w tak nieudolny sposób prowadzi wojnę ze Zbrojnymi Siłami Ukrainy, nie jest armią supermocarstwa. Skąd więc się brało przeświadczenie o rosyjskiej sile? Z pasma rosyjskich sukcesów militarnych w poprzednich konfliktach? Spróbujmy rosyjskie „sukcesy” podsumować cofając się w głąb historii. Z góry przepraszam za długą listę, ale może powinniśmy spojrzeć na problem z odpowiedniego dystansu.

Walki w Syrii (od 2012). 

Siły rosyjskie walczą tam z formacjami nieregularnymi i z nieuznawanymi międzynarodowo tworami politycznymi, a sukcesy nie są imponujące. W tym samym rejonie Cahal (siły zbrojne Izraela – państwa niewielkiego terytorialnie i demograficznie), od II Wojny Światowej odnosił sukcesy naprawdę błyskotliwe, w walce z różnymi siłami arabskimi. Na takim tle, “sukcesy” rosyjskie nie wyglądają oszałamiająco.

Rosyjski sukces w Gruzji (2008) był realny, chociaż niepełny. 

Wobec małej Gruzji Rosja wykorzystała swoje siły zbrojne, podsycając prawdziwe napięcia etniczne. Oderwano od Gruzji pewne terytoria. Sukces ten nie jest jednak ostateczny i na pewno obecnej Gruzji nie można traktować jako terytorium, jakie zostało „na powrót zintegrowane” z imperium.

Wojna w Czeczenii (od 1994).

Rosyjskie próby opanowania niewielkiej, kaukaskiej krainy, to prawdziwa kompromitacja. Czeczenia – mniejsza ludnościowo od Warszawy –  stała się dla Rosji problemem militarnym. Przypomnijmy, że pierwszą Wojnę Czeczeńską Rosja przegrała.

Wojna w Afganistanie (od 1978) to kolejna rosyjska (sowiecka) porażka. 

Była to przegrana w terenie trudnym i w wojnie przeciw wojowniczym góralom (w dodatku zaopatrywanym przez USA), ale skala tej klęski była tak duża i na tyle widoczna, że walnie przyczyniła się do upadku ZSRR.

W okresie komunizmu (od 1945) Armia Czerwona (do spółki z innymi armiami komunistycznymi) stłumiła  „Praską Wiosnę” i pokonała węgierskich powstańców z 1956 roku, w obu przypadkach nie można jednak mówić o pełnych działaniach typu wojennego, lecz raczej o wykorzystaniu wojska jako sił pacyfikacyjnych.

Dochodzimy do źródła przeświadczenia o rosyjskiej potędze – II wojna Światowa.

Przypomnijmy, że ZSRR walczyło jedynie z Niemcami, a w wojnę z Japonią zaangażowało się dopiero po pokonaniu III Rzeszy. Niemcy walczyły jednak na kilku frontach, a skala sowieckiego sukcesu, to połączenie radzieckiego „mięsa armatniego” i ekonomicznej potęgi zachodu. Co prawda większość czołgów ZSRR robiło samodzielnie, ale skala amerykańskich dostaw (dosłownie wszystkiego) była olbrzymia: od żywności i kabli telefonicznych, po samoloty, samochody i transportery (czołgi zresztą też). Pamiętajmy również, że od drugiej strony frontu, potęga gospodarcza Niemiec była druzgotana amerykańsko-angielskimi nalotami bombowymi. Zajęcie szeregu krajów Europy Środkowej pod koniec wojny jest częścią tej wojny i nie dowodzi prężności i siły ZSRR.

W okresie międzywojennym (1918-39) trwały zmagania rosyjsko-japońskie na dalekim wschodzie, bez wyraźnego wskazania zwycięzcy, a wcześniej miała miejsce wojna polsko-sowiecka 1919-1920 ze skutkiem świetnie nam znanym. Pierwszą Wojnę Światową (1914-18) Rosja wyraźnie przegrała, tak samo jak wojnę Rosyjsko-Japońską z lat 1904-1905. 

W wieku XIX Rosja toczyła wojny przeciw upadającej Turcji nazywanej wtedy „chorym człowiekiem Europy”. Wyrwała ona Turkom Zakaukazie i Bałkany, ale porażka w Wojnie Krymskiej z 1853-56 pokazała, że rosyjska armia przegrywa (i to na własnym terytorium),w zderzeniu z armiami krajów europejskich, gdy te włączą się do konfliktu.

W tymże wieku Rosja tłumiła polskie powstania, a w roku 1849 miała miejsce udana rosyjska interwencja po stronie Austrii na terenie zbuntowanych Węgier. Niemal cały wiek XIX to również tłumienie buntów na Kaukazie, ale tam, walcząc z małymi narodami osiągała ona sukcesy drogą eksterminacji całych społeczności. 

Zatrzymajmy się na pokonaniu Napoleona na początku XIX wieku.

W samej Rosji jest to sukces porównywalny z II Wojną Światowa („Wielką Wojną Ojczyźnianą”).  Jednak przypomnijmy tutaj, że Cesarz Francuzów został pokonany przez koalicję: Anglii, Rosji i de facto całych Niemiec (które, choć były wtedy podzielone, to stopniowo stanęły przeciw Napoleonowi).

Cały ten szereg wojen nie wygląda na wystarczający dowód „rosyjskiej potęgi”. W ostateczności imperium jednak trwało, a nawet rozwijało się. Skąd więc ten paradoks? Źródłem sukcesu Rosji nie jest atrakcyjność modelu państwa. Wiele Imperiów, po pierwotnej fazie podboju, oferowało podbitym ludom realny wzrost poziomu życia i awans cywilizacyjny. Z rosyjskim imperium było i jest inaczej (może należ zrobić wyjątek dla niektórych obszarów syberyjskich). Jego trwanie to w dużej mierze zarządzanie tylko przemocą i strachem. Lokalnie na Kaukazie było to (a może wciąż jest) zarządzanie strachem także strachem przed innymi – najczęściej Turcją. Zapytajmy ostatecznie: skąd więc brała się rosyjska siła? Ja widzę trzy jej źródła.

Pierwsze to defensywna rozległość terytorium. Ściganie pobitej rosyjskiej armii na olbrzymich euroazjatyckich przestrzeniach nie należało do łatwych – choćby logistycznie. Ten czynnik pozwalał przetrwać Rosjanom najtrudniejsze kryzysy.

Drugie to siła ofensywna. Były to zawsze masy żołnierzy, o których życie nikt nigdy nie dbał – „ludzi u nas dużo”. Czy jednak na pewno tak jest do dziś? W podejściu dowództwa tak, ale sytuacja demograficzna uległa gruntownej zmianie. Wcześniejsze wojny prowadzone były w dużej mierze rękami podbitych uprzednio ludów (na Kaukazie na chwałę imperium w XIX wieku zginęło tysiące Polaków, a w Afganistanie tysiące Ukraińców), ale w międzyczasie Stalin podczas II Wojny Światowej i w czasie różnych represji rozrzutnie roztrwonił ten największy rosyjski potencjał – ludzi. Pamiętajmy też, że obecna Rosja straciła swoje imperialne peryferia: Polskę, Ukrainę, Kraje Bałtyckie, Finlandię, Zakaukazie, Azję Środkową… Nie. Hasło: „ludzi u nas dużo” może tym razem okazać się zgubne. Przypomnijmy, że Polska razem z Ukrainą ma ponad połowę potencjału demograficznego Rosji.

Ostatnim źródłem rosyjskich sukcesów, był stosunek do Rosji krajów Zachodu. 

Rzadko kiedy pojawiał się ktoś potężny, kto chciał realnie jej zaszkodzić (ta konstatacja jest absolutnie sprzeczna z rosyjskim poczuciem, że cały świat czyha na to, by Rosję zniszczyć). Z zachodniego punktu widzenia Rosja była najczęściej elementem zewnętrznym, który jeden z zachodnich krajów wykorzystywał przeciwko drugiemu. W wojnach była wygodnym rezerwuarem owego taniego „mięsa armatniego”, o którym pisałem wcześniej. 

Powróćmy też do źródeł zachodniego lęku przed Rosją. Upojony radosną konsumpcją, a wcześniej zmęczony wojną Zachód nigdy nie zamierzał ryzykować konfliktu z ZSRR – wojny, która już w pierwszych latach byłaby prawdopodobnie wygrana. Poświęcono wolność Europy Środkowej dla własnego spokojnego i dostatniego życia. Lęk przed sowiecką potęgą był dla pokojowych społeczeństw USA i Europy lękiem przed jakąkolwiek wojną. Strach przed bronią jądrową przypominał (i do dziś przypomina) nieskończoną licytację pokera, w której nie można powiedzieć „sprawdzam”. Pogarda władców ZSRR (Rosji) dla życia własnych poddanych i umiłowanie życiowych przyjemności na Zachodzie powoduje, że sam lęk działa na zachodnich polityków jak użycie broni atomowej. Powiedzmy jednak głośno: dla świata byłoby to straszne, ale dla Rosji byłby to (tym razem naprawdę) koniec. 

Owo „sprawdzam” powiedziała teraz Ukraina i okazało się, że rosyjska potęga była blefem. Za jej słabością stoi niesprawność państwa z wszechobecną (również w armii) korupcją i wyniesiona z dawnych czasów pogarda dowództwa wobec własnych żołnierzy. Dysproporcja cywilizacyjna między Rosją a światem obecnie jeszcze wzrosła. Rosja jest rozpaczliwie technologicznie zależna od reszty świata, a przez oderwanie się od niej dawnych peryferii i kryzys demograficzny straciła znaczną część swojej ludzkiej siły. Na dodatek, na wschodnich rubieżach chiński smok nie czai się do ataku, on już rozpoczął trawienie Rosji.

 To może być koniec rosyjskiego pokera.

Koniec państwowego projektu „Rosja”

Przegrana w wojnie z Ukrainą to koniec Rosji. Kilka lat temu ustawiono w pobliżu Kremla pomnik Włodzimierza Wielkiego (…) moskiewski pomnik jest większy od kijowskiego, cóż jednak z tego?

Kilka lat temu ustawiono w pobliżu Kremla pomnik Włodzimierza Wielkiego (chrzciciela Rusi, jednego z ojców dynastii Rurykowiczów). Włodzimierz chrzcił w Kijowie, ale moskiewski pomnik jest większy od kijowskiego. Cóż jednak z tego? To w Kijowie jest „Chreszczatyk” – ulica, którą według tradycji lud udawał się na włodzimierzowy chrzest. Wielkość Moskiewskiego pomnika obrazuje coś innego; skalę desperacji rosyjskiej władzy. Pokazuje wagę posiadania Kijowa dla samego sensu rosyjskiego państwa.

Dokąd walka o „ruskie ziemie” trwała z „Polską” i „Litwą” (a było tak przez wieki), to Moskwa mogła mówić o „obronie Rusi”. Teraz Kijów (centrum dawnej Rusi), wymówił Moskwie posłuszeństwo samodzielnie i w pełni niezależnie. Bez Kijowa Rosja jest tylko jednym z podmiotów powstałym po średniowiecznym rozpadzie – i to podmiotem peryferyjnym i obcym etnicznie. Podmiotem z azjatycką przeszłością i … przyszłością – wobec rosnącego lawinowo uzależnienia od Chin.

Wiele w Polsce o tym pisano i wiele jeszcze się napisze (wypada wspomnieć choćby Joachima Lelewela jaki poświęcał temu swoje prace już 200 lat temu), wahałem się wiec, czy pisać na ten temat. Jednak zważywszy luki w historycznej świadomości, pozwolę sobie przypomnieć rzeczy dla niektórych oczywiste.

Słowo „Rosja” jest greckie. O wiele starsza i miejscowa jest nazwa „Ruś”. To nie przypadek, że Rosjanie piszą „Rosja” przez dwa „s” – tak właśnie jest w języku greckim. Tradycja grecko-bizantyjska używała tej nazwy, ale zasięg jej stosowania był ograniczony. Popularność tego pojęcia przyniósł dopiero wiek XVIII wraz z oświeceniem jakie na nowo odkrywało antyk i grecką kulturę. Do tego pojęcia, równocześnie dodano łacińskie „Imperium” i to ostatecznie nobilitowało państwowy, peryferyjny projekt „Imperium Rosyjskiego” – projekt nie mający geograficznie nic wspólnego z Rzymem (a i z Konstantynopolem „drugim Rzymem” związek był jedynie symboliczny).

Hellenizacja pojęcia „Ruś” była jednak drugim krokiem w budowie rosyjskiego mitu państwowego. Pierwszym – i to dużo starszym – było przejęcie samej nazwy „Ruś”. Prawdziwa „Ruś” miała stolicę w Kijowie – „Ruś Kijowska”. Ziemie stanowiące zalążek dzisiejszej Rosji, były terenami kolonizowanymi przez ruskich książąt i były obce etnicznie. Rozbicie dzielnicowe Rusi w XI wieku i początek najazdów mongolskich w XIII ostatecznie podzieliły i osłabiły Ruś.

Rdzeń ziem dawnej Rusi Kijowskiej poszedł jedną drogą, moskiewskie peryferia drugą. Elity ziem dzisiejszej Ukrainy i Białorusi współtworzyły Wielkie Księstwo Litewskie – to stąd język „ruski” („rusiński”)  stał się językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego. Część ziem zachodniej Rusi silnie związana rodzinnie z Piastami, związała się w XIV wieku z Polską (to dlatego mieliśmy „Ruskie Województwo”, ale też „ruskie pierogi”, czy „ruski miesiąc”). Wybór zachodnich Rusinów to wybór oparcia się o Europę, w walce z zagrożeniem z Azji. Tu właśnie jesteśmy u źródeł I Rzeczpospolitej.

Inną drogę wybrali ruscy książęta panujący w Mokwie. Oddaleni od zachodu, zbudowali swoją władzę na podporządkowaniu się mongolskim najeźdźcom. Przyjmowali ich model polityczny. Panując na terenach skolonizowanych, nie byli ograniczani przez typowe dla rusińskich miast wiece – od samego początku tworzyli model państwa despotycznego. Również od samego początku był to też twór wieloetniczny, obejmujący oprócz Słowian, również Tatarów i Ugrofinów.

Zderzenie Moskwy z Litwą, a potem Rzeczpospolitą postawiło na porządku dziennym hasło „zjednoczenia ziem ruskich”. Trzeba jednak pamiętać, że panujący na dawnej Rusi Rurykowicze, wymarli w Moskwie wraz z końcem XVI wieku, a w Rzeczpospolitej przetrwali nieco dłużej jako członkowie elity. Zamiast więc „zbierania przez Moskwę ziem ruskich” , lepiej mówić o walce dwóch przeciwstawnych modeli państwa.

Wiek XVIII przyniósł dwie zasadnicze zmiany: w zarządzaniu „Imperium Rosyjskim”, ważną rolę zaczęli odrywać bałtyccy Niemcy, dodając do azjatyckiego despotyzmu, zachodnioeuropejski absolutyzm, a pod koniec wieku upadła Rzeczpospolita i decydująca masa ziem dawnej Rusi Kijowskiej weszła w skład Rosji. Posiadanie przez Rosję Kijowa jest symbolicznym zwieńczeniem tego procesu. Kijów jest uprawomocnieniem idei „zbierania ruskich ziem”, ale też uzasadnieniem używania pojęcia Rosja.

Dziś, kilkadziesiąt milionów ludzi broni na Ukrainie innej niż despotyczno-imperialna, wolnościowej wizji rusińskiej (ruskiej) przeszłości i takich też planów na przyszłość. Centrum tego oporu jest Kijów – „macierz ruskich grodów”. Tak – bez Kijowa Rosja nie będzie Rosją i to również stąd owa determinacja władców moskiewskiego Kremla. To stąd desperacja w próbie wygrania wojny, której ostatecznie już nie da się wygrać.

Dwie książki i jeden pomnik

Dwa dni temu, 7 lipca, byłem uczestnikiem prezentacji książki „Miejsca/miejsce pamięci w polsko-ukraińskim dialogu porozumienia (80. Rocznica Zbrodni Katyńskiej)”. Przede wszystkim raz jeszcze gratuluję autorom i składam im wielkie podziękowania za ich – jakże potrzebną – pracę badawczą. Przy tej okazji zjawiają się jednak inne, bardziej ogólne refleksje.

Pamięć historyczna jednoczy. Jednoczy nie tylko wspólne zwycięstwo i radość, ale też wspólna przegrana i tragedia. Kiedy byłem młodym człowiekiem, to „Dolinka Katyńska” na warszawskich Powązkach, była ważnym elementem budowania we mnie i moich rówieśnikach, sprzeciwu wobec narzuconej przez Moskwę, komunistycznej władzy.

Wspólne tragedie mogą też jednoczyć narody. Celebrowanie pamięci o nich może się stawać ważnym elementem ich współpracy, a na poziomie świadomości społeczeństw, wiązać je mentalnie. Z takiej perspektywy, ukraińskie badania nad Zbrodnią Katyńską (umownie, pod tą nazwą kryje się całość sowieckiej akcji z 1940 roku, a nie tylko zbrodnia w samym Katyniu) mają też ukraińską perspektywę.

Na ile Ukraina i Ukraińcy są symbolicznymi potomkami ofiar, a na ile katów sowieckich zbrodni? Czym dla współczesnej Ukrainy był Związek Sowiecki? A może precyzyjniej: Czym jest Ukraina dla Związku Sowieckiego? Czy jest jego spadkobiercą? Czy chce tym spadkobiercą być? Nie ma tutaj jednoznacznej i prostej odpowiedzi.

Z jednej strony zbrodnie sowieckie są w pełni potępiane, z drugiej jednak, pod radzieckim zwycięstwem w 1945 roku Ukraina się podpisuje, a przecież owo „zwycięstwo” na nowo zainstalowało nad Dnieprem, obcy, zbrodniczy reżim, który nie przestał być zbrodniczy, aż do swojego końca.

Wszyscy, którzy wjeżdżają od zachodu do Kijowa główną arterią, trafiają na potężny sowiecki monument zwycięstwa, z gwiazdą na szczycie, z sowieckimi emblematami … – Monument „Peremohy”… A może tylko „Pabiedy”? To miło wygrywać, ale może lepiej przegrać w swojej sprawie, niż wygrać w cudzej…

My, Polacy „przerobiliśmy” ten temat. Świetnie go opisuje nowela Henryka Sienkiewicza „Bartek Zwycięzca”; historia polskiego chłopa, poddanego pruskiego, który dzielnie walczył w wojnie niemiecko-francuskiej za niemieckiego cesarza… Niedawno, książka ukazała się po ukraińsku i to (chyba) bez wsparcia polskiego państwa. Jest potrzebna na Ukrainie…

Pamięć o „polskim” Katyniu, ale też ukraińskie „Katynie” (a przecież było ich wiele z Głodomorem w pierwszej kolejności) pomagają odrywać się od sowieckiego świata. Dlatego tak ważne są badania i pamięć. Jednak dopiero perspektywa noweli Sienkiewicza pokazuje właściwy punk widzenia. Punkt z którego sowieckie monumenty znikną we mgle przeszłości. Uważam, że Ukraina jest tutaj na dobrej drodze.

Moje kłopoty z liberalizmem

Wolność jako wartość, cenię wyjątkowo, ale jej zagrożeń upatruje gdzie indziej niż myśl liberalna. Liberalizm instynktownie widzi zagrożenie w każdym państwie i każdej władzy. Ja uważam, że nasze wspólne państwo jest jedyną siłą, która może zabezpieczy naszą wolność. Potrzebne jest tylko jedno: społeczeństwo obywateli (przepraszam raczej: „Obywateli” przez wielkie „O”)

Dziś demokrację często rozumiemy jako liberalną i to najczęściej nie dodając nawet takiego przymiotnika. W takim myśleniu „władza większości” jest ograniczana przez prawa jednostki (za to drugie odpowiada liberalizm).  Problem polega na tym, że siły mające strzec owych praw jednostki znalazły się de facto w rękach pozademokratycznych struktur. „Obrońcami” wolności jednostki, stają się w razie potrzeby: międzynarodowe organizacje, prawnicze korporacje, media (najczęściej prywatne i lewicujące) i inne. Mówiąc wprost: wspomniane środowiska są pozbawione legitymacji do reprezentowania kogokolwiek poza sobą – są po prostu uzurpatorami; bo gdzie jest legitymacja ich władzy? Chowając się za prawami „nie podlegającymi dyskusji”, przyklejają łatkę „populizmu” tym wszystkim, którzy próbują naruszyć przestrzeń zarezerwowaną dla „liberalnych praw jednostki”. Owi „obrońcy” bronią często nie tylko swojej wizji świata, ale też swoich przywilejów i monopoli.

Dzisiejszy liberalizm jest ideologią kryptooligarchiczną. Odbierając kompetencje państwu nie oddaje ich „wolnym obywatelom”, ale obywatelom (a właściwie pozapaństwowym instytucjom) silniejszym. Oddaje ją tym, którzy są bogatsi, których stać na lepsze kancelarie prawne, którzy są w stanie przez media wpływać na świadomość społeczeństwa.

Najbardziej typowa, upowszechniona w publicystyce, jest wizja świata rozciągniętego między dwa bieguny polityczne: totalitarny despotyzm i liberalną demokrację. Gdzieś pomiędzy jednym i drugim znajduje się „autorytaryzm”, który jednak dla wizji ogólnej jest drugoplanowy. Słowo „totalitarny” ma w tym opisie podwójne znacznie: z jednej strony pokazuje dążenia „chorych” państw do powiększenia zakresu swojej władzy, z drugiej, pozwala wytłumaczyć ewentualne poparcie jakie „totalitarna” władza ma w społeczeństwie – to po prostu wynik skutecznej propagandy stwarzającej tabuny „fanatyków”. Inne są więc nie tylko państwa, ale i społeczeństwa: Świat ludzi wolnych i świat zniewolonych (choć ci drudzy mogą o tym nawet nie wiedzieć). Jednak przecież w społeczeństwach „wolnych” żyją tacy sami ludzie jak „fanatycy” z krajów „zniewolonych”, różnicą jest czynnik kształtujący ich myślenie. Ten dychotomiczny podział maskuje zjawisko realnie nam zagrażające: oligarchizację naszego świata. Współczesna jednostka jest bezbronna jeśli tylko stanie na drodze oligarchy (dziś najczęściej jakiejś korporacji)

Starożytni Grecy – inaczej niż my – postrzegali świat w powtarzających się cyklach. Arystoteles opisał polityczny kołowrót systemów, w którym demokracja przechodzi w oligarchię, ta w tyranię, a ta znowu w demokrację. Interesująca nas faza przejścia między demokracją, a oligarchią jest skutkiem naturalnego zamykania się warstw wyższych i „zmęczenia polityką” w społecznych dołach.

Daleki jestem od historycznego determinizmu, więc moje pytanie nie brzmi „czy można?” tylko „jak?” ową oligarchizację powstrzymać, albo chociaż opóźnić. Jedyną naszą obroną jesteśmy my sami zorganizowani w demokratycznej wspólnocie. Jedynym co możemy przeciwstawić oligarchom jest państwo z jego prerogatywami i instytucjami. Oczywiście trzeba poczynić tu wyraźna zastrzeżenia: państwo z jednej strony demokratyczne, a z drugiej sprawne.

Królestwo ignorantów pod niebem pyszałków

W większości, dominujące w sztuce współczesnej trendy, są silnie zaangażowane lewicowo. Artyści mają niekwestionowalne prawo do własnych wyborów ideowych, jednak sama, konstatacja takiego faktu, pokazuje pewien problem ponieważ oznacza, że znaczna część społeczeństwa nie odnajduje w sztuce swojego głosu.

Nie jestem tu obiektywny. Posiadam własny gust – jak każdy. Mało tego, na własnych ścianach mam zawieszone kopie: Napoleona Ordy, Artura Grottgera, Józefa Brandta, Wojciech Kossaka, Davida Robertsa. Na telefonie mam katalogi z muzyką Chopina i Mozarta… Wszyscy oni od dawna nie żyją, może więc nie powinienem w ogóle wypowiadać się na temat współczesnej sztuki. Nie jestem jednak jedyny, pytanie więc pozostaje: Czy naprawdę możemy powiedzieć, że moje (szerzej: jakieś) gusty są gorsze i ja (niewyrobiony ciemniak) powinienem pokornie pochylić głowę i zaakceptować, że z moich podatków finansowane są artystyczne dzieła i przedsięwzięcia, jakich nie tylko nie potrafię odczuć, ale także takie jakie wywołują mój głęboki sprzeciw? Odpowiedź pozytywna to pytanie jest możliwa, ale oznacza jedno: Jakaś grupa ludzi „wie lepiej”, a reszcie od tego wara.

W triadzie: artysta – dzieło – odbiorca, mamy dziś wyraźną dominację tego pierwszego, artyści najchętniej mówią nie o świecie, lecz o sobie, a odbiorca jest zobowiązany zrozumieć ich dzieło. Ja mam tutaj głębokie poczucie zagubienia społecznego sensu sztuki.

W opisie świata i w jego rozumieniu, jesteśmy zależni od języka. Język zarówno mówiony, jak i pisany, w swojej warstwie komunikacyjnej jest wygodnym narzędziem, ale wiemy jak bardzo nie można oddać słowami niektórych głębokich przeżyć. Sztuka (także literatura w swojej warstwie będącej czymś więcej niż komunikacją) jest wejściem na inny poziom, jest przekazem próbującym ominąć owe ograniczenie zapośredniczenia językiem.

Obcowanie ze sztuką daje nam poczucie kontaktu ze jakimś zjawiskiem, za pomocą takiego przekazu którego nie można zastąpić prostą narracją. I tutaj zasadnicza uwaga: artysta samodzielnie analizujący swoje dzieło, jest zaprzeczeniem prawdziwego artysty, bo po co dzieło, jeśli jest ono zastępowalne analizą (dziś częściej ideowym manifestem)? Po co artysta je tworzy skoro może nam po prostu wygłosić swój manifest. Takie ideowe deklaracje mogą być w dziele zawarte, ale w najmniejszym stopniu nie są sztuce niezbędne.

Ze wspomnianej przeze mnie triady: artysta – dzieło – odbiorca, wybieram dzieło i odbiorcę. Sztuka jest dla mnie relacją dzieła z odbiorcą. To pozwala nam zrozumieć podobieństwo naszych wewnętrznych reakcji na kontakt ze zjawiskami przyrody (np.: tęcza, burza, piękno krajobrazu) z reakcjami na dzieła sztuki. Pozwala wytłumaczyć jak przedmioty użytkowe z mienionych epok (takie jak grecka ceramika, albo stare żelazko), są w naszych domach eksponowane i stają się artefaktami o charakterze artystycznym. Decydujące jest tutaj nasze wrażenie w kontakcie z obiektem.

Artysta ma znaczenie uboczne i jest po prostu „producentem” działających artystycznie artefaktów. A co jeśli „produkowane” przez niego artefakty nie działają? A jeśli działają na nielicznych? A jeśli wymagają uprzedniego opisu ze strony twórcy? Co wtedy? Odpowiedź jest prosta: to nie sztuka. Aby artysta przemówił do odbiorcy niezbędny jest kulturowy kontekst. Bez niego pozostają tylko proste odruchy bazujące na naszej cielesności.

Artysta może być też niczym pasożyt i żywić się kontestacją kulturowego ładu, ale wtedy ostatnim wywołującymi rezonans „dziełami” staną się: bluźnierstwo i obsceniczność – ataki na miejsca trwania tabu, czytelne w swoim głosie tylko dotąd, dokąd ów ład funkcjonuje. Później artysta i jego dzieło nie wywołają już nawet zniesmaczenia, stając się pustym głosem w bezludnej kulturowo przestrzeni. – To kulturowy kontekst jest kanałem komunikacji z odbiorcą. Bez niego nie będzie artystycznego przeżycia.

Co się stało ze sztuką? Co się stało z artystami i odbiorcami? Skąd ten „przechył” sztuki na lewo? To wszystko niesłychanie ciekawe pytania i jako historyk chętnie bym się w nie zagłębił, ale to chyba szerszy temat na inny tekst.

Tutaj, na koniec, zatrzymałbym się na jeszcze jednym, ciekawym zjawisku: ogromnym rozdźwiękiem między kulturą popularną, a sztuką. Taki rozdźwięk był zawsze, ale teraz przepaść między jednym i drugim jest – można tak powiedzieć – systemowa.

Sztuka współczesna została zwolniona z obowiązku dbania o masowego odbiorcę, a od kultury masowej (wzgardzonej i niższej) nie oczekujemy wyższych wrażeń. Kultura popularna jest masowo konsumowana mimo swej złej opinii, a z drugiej strony nieliczni odbiorcy współczesnej sztuki „wyższej”, swoimi wyborami artystycznymi aspirują do grona elity. – Prawdziwy obraz społeczeństwa, które się rozwarstwia i traci zdolność komunikacji z sobą.

Wielkiego dzieła muzycznego nie zagramy na grzebieniu. Do wielkiej sztuki niezbędny jest bogaty kulturowy kontekst. Można nie lubić obrazów Henryka Siemiradzkiego, ale jak przeżywać jego dzieło „Dirce chrześcijańska” skoro nikt nie wie kto to Dirce? I prawdziwym problem nie jest to, że trzeba zajrzeć do Wikipedii, lecz to, że nie widzimy takiej potrzeby. Zaiste królestwo ignorantów pod niebem pyszałków.